Zignoruj krytyków

Polecane

W momencie, gdy zaczynasz podróż w kierunku lepszego życia, bądź przygotowany na wszelkiego rodzaju krytykę. Gdy sięgniemy pamięcią do historii, odkryjemy, iż wybitne jednostki zawsze były narażone na śmiech , drwiny i niezrozumienie.

Elbert Hubbard powiedział kiedyś – „Aby uniknąć krytyki, bądź nikim, nic nie rób i nic nie mów”.

Jak więc mamy się nauczyć radzić sobie z krytycyzmem? Wszyscy chcemy, by nas rozumiano i akceptowano, jak więc mamy pokierować naszym myśleniem tak, by przyjąć krytykę nie poddając się jej jednocześnie? Po pierwsze, zacznij od przekonania samego siebie. Innymi słowy, zainwestuj we wzmocnienie swojej wiary. Zapytaj samego siebie: „Czy jestem zaprzedany mojemu marzeniu, mojej sprawie i mojemu celowi? Czy głęboko wierzę, że to, co robię, jest dobre i słuszne?”. Wiara nie jest dziełem przypadku. Wiara należy do tych rzeczy, które albo masz, albo nie. Jeśli wierzysz w to, co robisz, to tylko to się naprawdę liczy. Krytycy mogą mówić co chcą, ale w ostatecznym rozrachunku to ty masz swoje życie do przeżycia, nie oni. Więc zrób wszystko, by żyć według tego, w co wierzysz.

W jednej z książek przeczytałem taką oto historię, która pewnie wielu z nas jest znana. Oto często spotykany scenariusz drogi do sukcesu:

Joe Przeciętniak jest zwyczajnym facetem, którego zainspirował jego mentor, Scott zwycięzca, by zdecydował się podążać za swoimi marzeniami. Śmiało więc wkracza na ścieżkę prowadzącą ku Świetlanej przyszłości i spotyka na mej swojego dobrego znajomego, Larry’ego Prześmiewcę, który pyta go, dokąd idzie. Kiedy Joe Przeciętniak wyjaśnia, że właśnie zmierza w kierunku świetlanej przyszłości, Larry Prześmiewca wybucha głośnym rechotem i mówi: „A to niezłe, Joe! Żartujesz sobie ze mnie, co? Myślisz, że poradzisz sobie na tej ścieżce? Tak ci powiedział ten twój kumpel, Scott? Daj spokój Joe. Spójrz na siebie! Jesteś przeciętny i zawsze taki byłeś”.

Trochę rozczarowany komentarzem swojego znajomego, Joe Przeciętniak decyduje się nie przywiązywać wagi do tych stów i iść dalej ścieżką. Po chwili natyka się na swojego szwagra, Craiga Krytykanta. Zapytany, dokąd dokładnie idzie, Joe odpowiada, że zmierza ku swojej świetlanej przyszłości. Craig Krytykant unosi brew i mówi: „Przecież ty nigdy niczego w życiu nie osiągnąłeś! Co spowodowało, iż uwierzyłeś, że poradzisz sobie na tej ścieżce? Czy masz jakiś dowód albo gwarancję, że ci się uda? A jak tam ten twój kumpel, Scott Zwycięzca? Kim on naprawdę jest? Co ty tak naprawdę o nim wiesz? Skąd wiesz, że on cię nie okłamuje? A tak na marginesie, to ja sam kiedyś sprawdziłem tę ścieżkę i mogę ci powiedzieć, że prowadzi donikąd. Ale jeśli uważasz, że jesteś ode mnie mądrzejszy, to nie krępuj się, idź dalej i marnuj swój czas”.

Po skończeniu rozmowy z Craigiem Krytykantem, Joe Przeciętniak zaczyna się zastanawiać, czy rzeczywiście dobrze robi, słuchając Scotta Zwycięzcy. Tak naprawdę, to przecież zna go od niedawna. I co z tą ścieżką? Co, jeśli Craig Krytykant ma rację i nie prowadzi ona ku świetlanej przyszłości? Joe Przeciętniak zaczyna odczuwać lekkie mdłości. Ale zastanawia się jeszcze przez chwilę nad wszystkim i dochodzi do wniosku, że skoro przeszedł już taki szmat drogi, to równie dobrze może pójść jeszcze kawałek dalej. Kto wie? Może jego świetlana przyszłość czeka tuż za zakrętem i głupio by zrobił, gdyby teraz zawrócił.

Idąc tak dalej, Joe Przeciętniak zaczyna znowu czuć się trochę lepiej i tłumaczy sobie, iż prawdopodobnie Craig Krytykant nie miał złych intencji, tylko po prostu tak jak zwykle chciał skrytykować i tyle. Joe jest tak zatopiony we własnych myślach, że prawie nie zauważa swojego ojca, Hala Pracusia, który stoi na środku ścieżki ze skrzyżowanymi na piersiach ramionami. Joe, całkowicie zaskoczony mówi: „Cześć, tato, ja… „, ale zanim zdoła skończyć zdanie, ojciec przerywa mu: „Tak, wiem, słyszałem już o tym twoim idiotycznym pomyśle szukania świetlanej przyszłości. Posłuchał mnie uważnie. Nie wiem, co w ciebie wstąpiło, ale masz dobrą pracę w dobrej firmie, która dobrze ci płaci, a do tego rodzinę na utrzymaniu. Zaufaj mi, nic w tym życiu nie przychodzi łatwo. Musisz ciężko pracować i zarabiać na utrzymanie tak jak my wszyscy. Twoje matka martwi się o ciebie, a reszta rodziny sądzi, iż postradałeś zmysły. Pora zawrócić z tej głupiej ścieżki i wracać do domu. Ogarnij się proszę”.

Po rozmowie z ojcem, Joe Przeciętniak myśli bardzo długo, analizując jej treść. Wyobraża sobie, co mówią o nim rodzina i przyjaciele, i zaczyna odczuwać zniechęcenie. Dociera do niego, że chyba rzeczywiście stracił rozum, sądząc, iż kiedykolwiek uda mu się dotrzeć do świetlanej przyszłości. Przecież jest nikim innym, jak tylko Joe Przeciętniakiem. Scott Zwycięzca pewnie po prostu miał szczęście. Pewnie jego ścieżka był krótka i łatwa, a poza tym pewnie przyszedł na świat predestynowany do odniesienia sukcesu. A poza tym, to przecież jego obecne życie nie jest aż tak złe, prawda? Przecież zarabia więcej niż Lany Prześmiewca, jego rodzina ma jedzenie na stole i dach nad głową. Cóż go napadło, że zdecydował się odmienić całe swoje życie z powodu jakiegoś głupiego pomysłu?

Tak więc Joe Przeciętniak zawraca i zmierza w stronę domu. Nigdy się nie dowie, co mogłoby się zdarzyć, gdyby zdecydował się iść dalej. I chociaż na różne sposoby próbuje sobie uzasadniać tę decyzję, to nie udaje mu się pozbyć tego dziwnego uczucia niepokoju w sercu. I ciągle się zastanawia, jak mogłaby wyglądać jego świetlana przyszłość.

A co by się stało, gdybyśmy zmienili finał tej historii? Może mogłaby ona kończyć się tak:

W drodze powrotnej do domu, Joe Przeciętniak dochodzi do wniosku, iż powinien przynajmniej wstąpić do Scotta i poinformować go o swojej decyzji. Koniec końców, to przecież Scott Zwycięzca naprawdę próbował mu pomóc. Scott bardzo cieszy się z wizyty Joe’go i zaprasza go, by wszedł na kawę. Słucha uważnie wszystkich wyjaśnień i potem mówi do Joe’go: „Twoja decyzja o powrocie do domu jest dla mnie całkowicie uzasadniona. W pełni rozumiem również, dlaczego Lany Prześmiewca, Craig Krytykant i Hal Pracuś zachowali się w taki sposób, jak się zachowali. To, co najważniejsze, Joe, to żebyś postąpił tak, jak będzie dla ciebie najlepiej. A tak na marginesie, czy opowiadałem ci kiedykolwiek, co mnie się przydarzyło, gdy wkroczyłem na ścieżkę ku świetlanej przyszłości?”. Scott Zwycięzca relacjonuje swoją podróż, wspominając o wszystkich osobach, na które się po drodze natknął — opowiada o swoim dobrym znajomym, Neilu Pesymiście, swoim kuzynie, Stanie Grubej Rybie, i swoim ojcu, Stalowym Sierżancie. „Zdałem sobie sprawę, Joe, że czasem ludzie są zbyt zajęci zagłuszaniem pukającej do ich drzwi szansy, by dosłyszeć jej pukanie. Myślałem, że wszyscy dostrzegą to, co ja zobaczyłem. A kiedy tak się nie stało, poczułem wielkie zniechęcenie i tym, czego nade wszystko pragnąłem, było zawrócić do domu. Wierz mi, nieraz miałem na to ochotę. Ale dzięki karteczce, którą dla siebie napisałem i zawsze miałem przy sobie, wytrwałem i w końcu dotarłem do mojej świetlanej przyszłości”.

Zaciekawiony Joe Przeciętniak pyta Scotta Zwycięzcę o tę tajemniczą karteczkę. „Napisałem ją sobie po to, by mi przypominała, co jest dla mnie ważne i dlaczego robię to co robię. Czytałem ją sobie za każdym razem, gdy do głosu dochodziło zniechęcenie lub wątpliwości, a było to tak często, że w końcu nauczyłem się tego tekstu na pamięć i stał się on częścią mnie samego. Tak długo wmawiałem sobie kim nie jestem, aż nim się stałem. Jakoś tak to było, że przeczytawszy to, co sam napisałem, nie mogłem się zdobyć, by zdradzić samego siebie i zawrócić. Może i ty mógłbyś napisać podobną kartkę dla siebie, po to, żebyś zawsze pamiętał, co jest dla ciebie ważne i po co wyruszyłeś w tę podróż ku świetlanej przyszłości”. Joe Przeciętniak myśli nad tym wszystkim, co mu powiedział Scott Zwycięzca. Jest zaskoczony, że droga Scotta wcale nie była ani krótka i ani łatwa i że zmagał się z wątpliwościami i napotykał krytyków tak samo jak on. Po chwili Joe Przeciętniak dziękuje Scottowi Zwycięzcy za czas, który ten mu poświęcił, i wstaje, by wyjść. Kiedy już stoi w drzwiach, Scott Zwycięzca mówi: „Joe, wierzę w twoje marzenie i jestem pewien, że możesz dokonać w swoim życiu czegoś wspaniałego. Gdybyś potrzebował pogadać, wystarczy, że podniesiesz słuchawkę — będę po drugiej stronie”. Joe Przeciętniak wychodzi, zaskoczony tym, jak dobrze na jego samopoczucie wpływa każda rozmowa ze Scottem Zwycięzcą. Po kilku krokach siada, wyjmuje z kieszeni kawałek kartki i zaczyna zapisywać to, co już od dawna nosi w sercu. Kiedy kończy, składa równiutko kartkę, chowa ją do kieszeni i bez chwili wahania zawraca na ścieżkę prowadzącą ku świetlanej przyszłości.

Podobnie jak w wypadku Joe Przeciętniaka, krytyka i wątpliwości, z którymi przyjdzie nam się zmierzyć, będą prawdziwe i bardzo zniechęcające.

I czasem cała nasza przyszłość wisi na włosku, kiedy decydujemy, kogo będziemy słuchać.

Zrozum, nie wszystkie opinie są równie wartościowe.

Jeśli rozmawiamy o golfie, to opinia Tigera Woodsa będzie się liczyć bardziej niż zdanie twojego sąsiada.

Jeśli mówimy o koszykówce, to zdanie Michaela Jordana jest warte o wiele więcej niż to, co mówi twój znajomy z pracy.

A skoro rozmawiamy o twojej świetlanej przyszłości, to zdanie kogoś, kto już zrealizował swoje marzenia, powinno liczyć się bardziej niż opinia kogoś, kto jeszcze tego nie zrobił.

Wierz w swoje marzenia, nigdy się nie poddawaj i zawsze zadawaj sobie pytanie, czy Ci, którzy krytykują Twój pomysł są w miejscu, w którym Ty chcesz być? Jeśli nie to daj sobie spokój z ich „cennymi” uwagami!

Uświadom sobie swoje możliwości

Naszła mnie dziś pewna refleksja. Refleksja związana z tym co nas na drodze naszego życia spotyka i jak na to reagujemy. I nie piszę tu o sytuacjach mniej lub bardziej pozytywnych, bo nie ma to znaczenia. Bo pozytywne sytuacje nas tylko uskrzydlają dając nam wiatr w żagle. Pytania, które wg mnie warto sobie postawić, jest następujące: Jak reagujesz na sytuacje, które są dla Ciebie negatywne i krzywdzące? Czy jesteś wtedy zły na ludzi i otaczający Cię świat? Czy winisz wszystko i wszystkich, że spotkało Cię nieszczęście?

Jeśli tak robisz to chcę Ci powiedzieć, że nie jesteś wyjątkowy. Wyjątkowym byłoby, gdybyś nikogo i niczego nie obwiniał. I nie martw się tym, że tak się zachowujesz. Całkowicie Cię rozumiem. Sam kiedyś tak reagowałem obwiniając za swoje niepowodzenia cały świat. Jak mając lat 26 nie awansowałem na kierownika pomimo tego, iż byłem przekonany, że powinienem. Jak urodził się Dominik, a lekarze stwierdzili niedotlenienie, sepsę i mózgowe porażenie dziecięce. Jak o mały włos nie utraciłem swojej cudownej żony, bo tylko wymagałem nic nie dając w zamian. Jak odwróciłem się od Boga i wiary na wiele lat. Jak straciłem kilkadziesiąt tysięcy złotych otwierając firmę. I takich przykładów mógłbym tutaj podać bardzo dużo. Bo jak powiedział słynny filozof Seneka „Errare humanum est.” (łac.) czyli „Błądzić jest rzeczą ludzką.” I błędy w naszym życiu to coś naturalnego. Pytanie tylko czy wyciągamy z nich wnioski? Bo jeśli tak, to fantastycznie. Wtedy zdobywamy doświadczenie. Bo czymże to doświadczenie jest? Wg Oscara Wilde, irlandzkiego poety, doświadczenie to nazwa, którą każdy nadaje swoim błędom. Ja często też mówię, że doświadczenie to suma błędów, które w życiu popełniliśmy, a z których to wyciągnęliśmy wnioski.

Uświadom więc sobie swoją moc i swoje możliwości. Sam zacznij decydować o sobie i swoich reakcjach na sytuacje, które w życiu napotykasz. Zacznij skupiać się na pozytywach, bo przyciągasz do swojego życia to, o czym najczęściej myślisz. Jak w życiu spotka Cię coś przykrego to zadaj sobie pytanie dlaczego to mnie spotkało? Czego ta sytuacja może mnie nauczyć? Te pytania wcale nie są proste, łatwe i przyjemne. Bo żeby je sobie zadać należy swoje ego schować bardzo głęboko do kieszeni. Sztuką jest reagować pozytywnie na negatywne sytuacje, bo w życiu wszystko się dzieje po coś. W każdej negatywnej sytuacji można znaleźć coś pozytywnego. Cytując Szekspira „…nic nie jest złem ani dobrem samo przez się, tylko myśl nasza czyni to i owo takim”.

Oznacza to ni mniej ni więcej, że poprzez nasze postrzeganie wydarzeń stajemy się współwinni tworzenia, a także niszczenia, każdej przeszkody, która staje na naszej drodze życia. Bez naszej oceny żadna sytuacja nie jest ani dobra ani zła. O wszystkim decyduje nasze postrzeganie. To Ty i ja decydujemy o tym, jak zinterpretujemy daną sytuację. Zachęcam więc do tego, by w każdej sytuacji w naszym życiu znaleźć coś pozytywnego, nawet jeśli na początku wydaje się to abstrakcyjne.

 

Być ojcem niepełnosprawnego dziecka

Może powinienem napisać, jak to jest być rodzicem czy matką, ale w tej sytuacji piszę, jak to jest być ojcem niepełnosprawnego dziecka. Wiele osób zna naszą historię i nie będę jej teraz powtarzał, ale gdyby jednak ktoś miał ochotę ją poznać lub odświeżyć zapraszam do wcześniejszych wpisów. Dziś chcę napisać właśnie o tym, jak to jest być ojcem. Bo to wcale nie jest łatwe i pewnie większość z nas zna przypadki, w których ojciec po prostu stchórzył i odchodził, a cała opieka zostawała w rękach matki. I nikogo nie chcę tu piętnować, ale powiem, że jest to cholernie trudne zadanie, bo na każdym kroku zderzasz się z tzw. rzeczywistością. Musisz po drodze pokonywać wiele przeszkód związanych nie tylko z barierami architektonicznymi, finansowymi, ale też z barierami w głowach ludzi. I nie mam  tu absolutnie żadnego żalu do nikogo. Stwierdzam po prostu fakt, a z faktami się nie dyskutuje. One po prostu są. I pomijam ostatnie strajki, bo od samego początku pracujemy wspólnie z żoną na to, by nie być od nikogo zależnym. Oczywiście jest tak, że w jakiejś części jesteśmy zależni od pracodawcy, u którego pracujemy czy klientów, z którymi współpracujemy, ale ostatecznie to my, jako ludzie podejmujemy decyzję, w którą stronę idziemy. I to jest właśnie ta niezależność. Bo ostateczna decyzja zależy tylko od nas.

Już po urodzeniu Dominika zaczęły się wyzwania finansowe, bo jest on rehabilitowany praktycznie od urodzenia. A rehabilitacja wiążę się z wyjazdami, opieką medyczną, wizytami u specjalistów, zakupem sprzętów, kosztownymi turnusami itd., a zasiłek pielęgnacyjny to zaledwie 153 zł. Taki zasiłek wystarczy na 3 godziny rehabilitacji 🙂 i dlatego postanowiliśmy, że zrobimy wszystko, by nie liczyć na Państwo. I nie liczymy. Korzystamy oczywiście z wpłat 1% i z tego miejsca bardzo dziękuję wszystkim tym, którzy ten 1% przesyłają właśnie na Dominika, bo uzbierana kwota pozwala nam opłacić prywatną rehabilitację syna w ciągu całego roku. Ale to tylko jedno wyzwanie. Kolejnym było dla nas pójście Dominika do szkoły podstawowej. Pierwsza klasa to klasa w Szkole Integracyjnej w Koszalinie. Dla nas niestety z nazwy, dlatego od drugiej klasy Domino chodził już do Szkoły Podstawowej w Starych Bielicach. I pojawiły się kolejne wyzwania. Opór nauczycieli, którzy bali się przyjąć Dominika. Bo jak sobie poradzi w szkole, jak sobie poradzi wchodząc czy schodząc ze schodów, jak sobie poradzi w toalecie itp. obawy. Poradził sobie. My mieliśmy obawy, jak nasz syn zostanie zaakceptowany przez kolegów i koleżanki z klasy. Klasę Domino miał fantastyczną, a dzieciaki z tej klasy zasługują na brawa. Choć nie zawsze było kolorowo, ale gdzie jest? Myślę, że ten okres szkoły był lekcją pokory i nauki dla obu stron. I obie strony wyszły z tego zwycięsko. Już wtedy Dominik zaczął swoją przygodę z armwrestlingiem. I wtedy to właśnie po 3 latach treningu zorganizowałem zawody w siłowaniu na rękę podczas szkolnego pikniku. I mój Tygrys w swojej klasie zajął miejsce 1, a w szkole z kategorii open był 3. I zyskał szacunek, bo jego rówieśnicy zobaczyli, że pomimo swoich ułomności ten ich kolega ma naprawdę silną rękę. Mój cel został osiągnięty. Mam wrażenie, że i nauczyciele zaczęli wtedy patrzeć na Dominika bardziej przychylnie. A miesiąc temu po dwóch latach od ukończenia szkoły, ten sam niepełnosprawny chłopiec, którego na początku z obawami przyjmowano do szkoły, teraz był z wizytą na zaproszenie jako najbardziej utytułowany absolwent w jej historii. Historia zatoczyła więc koło, a nasz wspólne spotkanie było niesamowite. Dzieci słuchały historii Dominika z otwartymi buziami, oklaskom nie było końca, a były też pierwsze autografy. A ja miałem łzy w oczach. I takie właśnie wyzwania mamy na co dzień. Obecnie Dominik jest po kolejnej operacji i częściej jeździ na wózku rehabilitacyjnym niż chodzi o kulach. Więc na siłownię muszę Dominika na tym wózku sprowadzać po schodach. I nie narzekamy. Zjeżdżamy. A Domino ma już 16 lat i ostatnio zauważyłem lekki meszek w miejscu, gdzie są wąsy 😉 Jak ten czas leci… I od 16 lat trwa usprawnianie Dominika tak fizycznie jak i psychicznie. I pewnie tak już będzie do końca życia. Moja mama wmówiła mi kiedyś, że mam dużo szczęścia w życiu, bo włosy rosną mi z dwóch miejsc na głowie 🙂 A ja w to uwierzyłem i zawsze spadam na cztery łapy. Dominik też tak ma. A tak przy okazji, imię Dominik w wolnym tłumaczeniu to „należący do Boga”. I w pełni się w z tym zgadzam. Zauważyłem już to, gdy Dominik mając niecałe 24 godziny życia, został ochrzczony. I wtedy zdarzył się cud, bo zaczęło mu się od razu poprawiać.

Po tych 16 latach wiem jedno. To szczęście, że Dominik trafił do nas, ale to też ogromne szczęście, że my trafiliśmy na Dominika. Tak miało być. Ktoś kiedyś powiedział, że w większości przypadków dzieci niepełnosprawne trafiają do dobrych ludzi. Wierzę, że tak jest i wiem, że gdyby nie Dominik, to nie byłbym w miejscu, w którym jestem obecnie. Nie bylibyśmy wspólnie z moją żoną Sylwią w miejscu, w którym jesteśmy obecnie. I wiem, że to jeszcze nie jest nasze ostatnie słowo, bo ja osobiście mam ogromne marzenia. Marzenia związane także bezpośrednio z moim synem. Czasem ludzie pytają się skąd u mnie w obecnej sytuacji to pozytywne nastawienie. Nie może być inaczej. Bez tego nastawienia nie byłoby sukcesów Dominika, naszych sukcesów, nie byłoby bloga i nie byłoby chęci bycia lepszym sobą każdego dnia. Miodem na moje serce są komentarze ludzi, którzy mówią, że jak gdzieś się pojawiam to przynoszę uśmiech i wywołuję uśmiech na twarzach innych. I wtedy wiem, że to co robię jest słuszne i ma sens. I tym optymizmem chcę zarażać innych. I ten optymizm pcha mnie cały czas do działania.

Kończąc, bo mógłbym tak pisać bez końca, powiem, że choć cholernie trudne jest być ojcem dziecka niepełnosprawnego, to nie zamieniłbym mojego życia na żadne inne, bo jest ono cudowne. Ale gdyby ktoś mi w przyszłości dał gwarancję, że oddając wszystkie dobra materialne, które mam, Dominik wyzdrowieje, to zrobię to bez mrugnięcia okiem.

Nigdy nie rezygnuj…

Nigdy nie rezygnuj.

Ktoś mógłby powiedzieć, co ten gość gada, ale powtórzę to: nigdy nie rezygnuj, bo jak powiedział Paul J. Meyer – jeden z najwybitniejszych autorytetów w dziedzinie ustalania celów, motywacji, zarządzania czasem oraz rozwoju osobistego i zawodowego – dziewięćdziesiąt procent tych, którzy przegrywają, nie zostało pokonanych, tylko sami zrezygnowali z walki.

Dlaczego tak się dzieje? Wg mnie ludzi ogarnia strach przed porażką. Już samo słowo porażka brzmi bardzo negatywnie, a słysząc, że ktoś poniósł porażkę, wyobrażamy sobie kogoś, kto przez porażkę żyje w nędzy, jest załamany, najbliżsi go zostawili, a on nie ma żadnej szansy na lepszą przyszłość. Boimy się porażki z wielu powodów. Wg Jima Dornana – założyciela Network 21 – są cztery główne powody, dla których ludzie boją się porażki i w wielu przypadkach rezygnują:

  1. Strach przed krytyką – boimy się tego, co o nas inni powiedzą lub pomyślą, a przecież krytyka jest jednym z elementów sukcesu. Zawsze znajdą się tacy ludzi, którzy będą krytykowali nie tylko nas samych, ale także nasze pomysły, twierdząc, że wiedzą lepiej, że to dla naszego dobra, że chcą nas chronić. Wyobraźmy sobie, że w skutek takiej krytyki zrezygnowaliśmy np. z bardzo intratnej propozycji współpracy z jakąś firmą, a inny nasz znajomy z niej skorzystał. Po jakimś czasie widzimy, że rezygnacja spowodowana krytyką naszej osoby i naszego pomysłu, była błędem, a naszemu koledze bardzo się powiodło. Kto w tym przypadku poniesie konsekwencje rezygnacji? My, czy nasz kolega, który poprzez krytykę nas zniechęcił? Zastanów się nad tym.
  2. Strach przed podjęciem ryzyka – Walt Disney – jeden z najbardziej twórczych ludzi XX wieku – powiedział, że „…wszystkie nasze marzenia mogą się ziścić, jeśli tylko będziemy mieli odwagę o nie walczyć”. Aby odnieść sukces, musisz podjąć wyzwanie. Musisz wspiąć się na drzewo, jeżeli chcesz znaleźć owoce.
  3. Strach przed utratą pewności siebie – Norman Vincent Peale powiedział, że jeśli „uwierzysz, że przegrałeś i będziesz wierzył w to wystarczająco mocno, to się spełni”. Dlatego czasem boimy się porażek, bo uważamy, że odbiorą nam one pewność siebie co w konsekwencji powoduje, że ustawiamy się w pozycji, w której nie da się przegrać, ale też nie możemy w niej wygrać i nie osiągamy nic szczególnego. Stajemy się przeciętni pozostając w strefie komfortu. Tylko wyjście poza tę strefę pozwala nam się rozwinąć.
  4. Strach przed brakiem drugiej szansy – to jeden z głównych powodów, dla których obawiamy się porażki. Większość z ludzi uważa, że mają tylko jedną szansę, by odnieść sukces i boją się, że jak zawiodą, to zaprzepaszczą ją na zawsze. Henry Ford powiedział kiedyś, że „porażka jest jedynie szansą na roztropniejszy start”. On sam doświadczył kilku niepowodzeń na własnej skórze. Jego firmy motoryzacyjne bankrutowały dwukrotnie. Jednak za trzecim razem odniósł zwycięstwo, a firma Ford Motor Company jest jednym z głównym graczy z branży motoryzacyjnej.

Porażka jest więc nieodzownym elementem każdego sukcesu. Nie trać więc czasu i energii na unikanie porażek tylko naucz się przekuwać je w sukces. Nie daj sobie wmówić, że nie dasz rady. Zbyt wielu ludzi zmarnowało swój potencjał i za szybko się poddali. Za dużo ludzi odchodzi z tego świata nie wykorzystując do końca swoich możliwości. Nie daj się strachowi, bądź odważny i idź do przodu. Ustaw sobie cel i dąż do niego wierząc, że sobie poradzisz. Tak właśnie robią ludzie sukcesu.

Zakończę ten artykuł dość nietypowo, bo wierszem, który znalazłem w jednej z przeczytanych przeze mnie książek…

Nigdy nie rezygnuj…

Kiedy wszystko idzie źle, jak czasem bywa,

Gdy droga, którą kroczysz w górę, wydaje się krzywa,

Kiedy środki są małe, dług natomiast spory,

Chciałbyś się uśmiechnąć, lecz nie jesteś skory,

Gdy troska i zmartwienie zbytnio Cię przygniata,

Odpocznij, jeśli musisz – nie udawaj chwata.

 

Życie jest dziwne, zakrętami kluczy,

Każdy z nas tego kiedyś się nauczy,

Niejedna porażka obraca się w zwycięstwo,

Ktoś mógłby wygrać, gdyby wybrał męstwo;

Nie rezygnuj, choć tempo zdaje się leniwe –

Przy następnym podmuchu sukcesy są możliwe.

 

Cel jest bliżej niż sobie wyobrażać może

Ktoś, kto słabe i chwiejne ma podłoże,

Często walczący sromotnie się poddał,

Mógł puchar zdobyć, ale sam go oddał.

Dowiedzieć się zbyt późno, kiedy noc nadeszła,

Jak bardzo blisko niego korona złota przeszła.

 

Sukces to porażka wzięta z drugiej strony –

Obłok wątpliwości, co srebrem barwiony –

I nigdy nie wiesz, jak blisko los Ci cel podaje,

To może być tuż, tuż, chociaż dalekie się zdaje;

Więc wytrzymaj w boju, gdy los chce Cię piętnować –

Właśnie gdy jest najgorzej, nie wolno rezygnować.

Autor nieznany

Relacje między ojcem, a dziećmi, czyli jak to jest być tatą

To wymyśliłem sobie temat jakim są relacje 😉

Z pozoru prosty, ale po dogłębnej analizie stwierdzam, że jednak nie. Przecież nie jestem żadnym autorytetem z wykształcenia w kwestiach relacji, ale … jestem ojcem. Więc piszę, bo po to powstał właśnie ten blog. Aby pisać i dzielić się swoim doświadczeniem i przemyśleniami. Prowadzę fanpage syna i cały czas piszę o nim. Z nim też spędzam najwięcej czasu trenując armwrestling. Byliśmy ostatnio z całą naszą fantastyczną czwórką w kinie na niesamowitym filmie pt. „Cudowny chłopak”. Jest to opowieść o chłopcu, który urodził się ze zdeformowaną twarzą i przez całe jego kilkunastoletnie życie cały świat się kręci wokół niego. Trochę mi to przypomina nasze życie, bo Dominik urodził się z mózgowym porażeniem dziecięcym i cały świat kręci się właśnie wokół niego. On jest w centrum uwagi, a my wszyscy, czyli ja z żoną Sylwią, Maja i rodzina to takie satelity, które krążą wokół tej jednej gwiazdy. Do póki nie obejrzałem filmu, to nie zdawałem sobie sprawy z tego jak to wszystko wygląda. Cały nasz dzień, tydzień, miesiąc, rok jest ustawiony pod Dominika. Rano rehabilitacja. Następnie szkoła, a po południu treningi. I tak w kółko. Maja musiała bardzo szybko dojrzeć. Wiele razy słyszeliśmy, że jest dużo bardziej rozwinięta, niż jej rówieśnicy. Od wielu lat jest zaangażowana w „wychowanie” swojego starszego brata. Pomaga mu sprzątać, ubierać się, robi mu jedzenie, … i też się czasem złości, że musi pomóc. A przy tym jest bardzo, bardzo ciepłym i cudownym dzieckiem, siostrą i córką. Ma swoje humory, jak to kobieta, ale nauczyłem się z tym żyć, a ostatnio nawet mnie to bawi. Jest jak waga, z resztą to jej znak zodiaku. W ciągu jednej godziny może być szczęśliwa, smutna, zła i zaraz znowu szczęśliwa.

A wracając do relacji … Za moje dzieci oddałbym wszystko. To taka miłość, której nie da się opisać słowami. Choć ja w swoich uczuciach nie jestem jakoś specjalnie wylewny. Taki twardy facet, który nie pokazuje na zewnątrz emocji. Który jak trzeba to warknie, ale też przytuli. Sam się momentami wściekam na siebie jak warczę na dzieci. Jak zły jestem na Dominika, który po operacji nie może swobodnie stać, a ja bym chciał już, żeby to zrobił. I co robię? Wściekam się, by za chwilę naszła mnie refleksja. I mówię wtedy do siebie jakim jestem dupkiem, że tak się zachowuję. Bo niby kto dał mi takie prawo?! Przecież gdyby mój syn mógł swobodnie stać, czy chodzić to pewnie by to zrobił, a skoro tego nie robi, to znaczy, że nie może. Na szczęście takie zachowanie jest sporadyczne, ale jednak jest. Więc cały czas pracuję nad tym, by te moje durne reakcje wyeliminować. Na Maję też tak czasem reagowałem. I wymagałem od niej perfekcjonizmu, bo … No właśnie, bo? Bo sam byłem perfekcyjny w jej wieku? Absolutnie nie. A od dziecka wymagam. Cieszę się, że takich refleksji mam coraz więcej i codziennie pracuję nad tym, by być lepszym ojcem. Ojcem, który będzie dla swoich dzieci przykładem i wzorem do naśladowania. To jest jedno z moich marzeń. Uwielbiam, jak Maja czy Dominik, choć on rzadziej, przyjdzie i się przytuli. I jak razem oglądamy bajki. Jak codziennie wieczorem, oczywiście wtedy kiedy jestem w domu, daję moim dzieciom buziaka na dobranoc i życzę słodkich snów. Ogromną radość sprawia mi spędzanie z nimi czasu kiedy gramy, trenujemy czy oglądamy jakiś film. Bo tak naprawdę wszystko co robię jest finalnie dla nich. Czasem zastanawiam się, czy byłbym w miejscu, w którym jestem, gdyby Dominik urodził się zdrowy? Nie jestem w stanie na to pytanie odpowiedzieć. Ale też i nie chcę. Wiem jedno, że oddałbym wszytko co mam, by był zdrowy. I nie zrozumie tego ten, kto nie jest lub nie był w takiej sytuacji. Ostatnio usłyszałem, że to szczęście, że Dominik trafił do nas, i że to szczęście, że my trafiliśmy na Dominika. I to samo mogę powiedzieć o Mai, która jest cudowną, mądrą i wrażliwą córką, od której ja też się uczę. Bo to nie jest tak, że tylko dzieci uczą się od rodziców. Również rodzice uczą się od swoich dzieci, a ja od swoich uczę się bardzo dużo, bo i Dominik i Maja to dwójka cudownych i mądrych dzieciaków, które dla mnie są całym moim światem. I to są właśnie te relacje, które chcę pielęgnować. Dominik ostatnimi czasy zaczął osiągać sukcesy w armwrestlingu zdobywając medale Mistrzostwa Polski, Europy czy Pucharu Świata. W tym roku będzie startował na swoich pierwszych Mistrzostwach Świata w Turcji. Z jakim wynikiem? Nie wiem i nie ma do dla mnie znaczenia. Bo najważniejsze, że chce i zdobywa doświadczenie, które w odpowiednim czasie zaprocentuje. Maja natomiast uczy się grać na gitarze i wg osób, które się na tym znają, ma do tego ogromny talent. Na pewno nie po mnie 😉 Oprócz tego od niespełna roku trenuje hip hop i po kilku miesiącach treningów w grupie początkującej dostała się do grupy zaawansowanej,a w najbliższym czasie wystartuje wraz zespołem w turnieju tańca. Talent? Pewnie tak, ale też ciężka praca i wiara w siebie. To m.in. te wartości przekazuję swoim dzieciom. Bo talent to nie wszystko. Czas pokaże, jak ułożą się ich losy. Ja wiem jedno, że gdyby moje relacje z dziećmi były złe, to nie byłoby dziś tego co nas łączy. A łączy nas coś niesamowitego. Wierzę, że moje dzieci patrzą na to w podobny sposób. A ja jak ich tata jestem z nich bardzo dumny!

Usłyszałem kiedyś od bardzo mądrej osoby takie zdanie:

Nie martw się, że dzieci Cię nie słuchają. Martw się, że Cię obserwują.

Bądź więc dla swoich dzieci takim przykładem rodzica, jakiego sam chciałbyś mieć.

Nawyki …

Skąd się biorą i jak się z nimi uporać …?

Z mojego doświadczenia wcale to nie jest takie łatwe, proste, a na pewno nie jest to przyjemne. Całe nasze życie składa się z nawyków. Tych złych i i oczywiście tych dobrych. I jak nad nimi pracować? Jak rozpoznać, które z nich są tymi dobrymi, a które należy wyeliminować. Pewnie tyle będzie odpowiedzi ile ludzi, bo każdy z nas ma różne doświadczenia związane z nawykami. Nie wszystkim udaje się eliminować te negatywne. Ale czy to znaczy, że to niemożliwe? Absolutnie nie, bo z drugiej strony są osoby, które w miarę swobodnie zamieniają nawyki negatywne na pozytywne. Właśnie – słowo klucz to „zamieniają”, a nie likwidują. Dlaczego? Bo nasz mózg nie lubi być zmuszany do niczego, bo generalnie nic nie musimy. Pewnie w tym momencie znajdzie się dużo zwolenników tego co piszę, ale też z całą pewnością przybędzie mi przeciwników. Trudno. Ja piszę tu o swoich doświadczeniach i nie każdy musi się z nimi zgadzać, bo przecież ma swoje, niekoniecznie podobne do moich. I dobrze, bo każdy z nas jest inny i dlatego każdy z nas jest wyjątkowy. Ja mam dużo nawyków. Tych „dobrych” i tych „złych”. I każdego dnia pracuję, aby proporcje zmieniły się na korzyść tych „dobrych”. Jeśli miałbym wymienić 3 z moich pozytywnych nawyków to na pewno będzie to czytanie – kiedyś nie czytałem, a od kilku lat czytam kilkadziesiąt książek rocznie. Ktoś powie po co? Bo cała wiedza świata jest w książkach. Jak chcesz się rozwijać, to czytanie jest niezbędne! Był taki moment, kiedy zasypiałem czytając pierwszą stronę. I wtedy chciałem zrezygnować. Nie zrobiłem tego, a teraz nie wyobrażam sobie, bym choć raz dziennie nie przeczytał kilkunastu stron. I czuję się z tym fantastycznie. Zachęcam wszystkich do czytania. Bez czytania nie zmienisz życia. Drugim moim pozytywnym nawykiem jest sport. Całe życie trenuję i uwielbiam to robić. Efekt uboczny to zdrowe i wysportowane ciało i co najważniejsze głowa. Jest mocna i z niejednego wyzwania wyszedłem dzięki temu cało. Jest takie powiedzenie, którego nie sposób podważyć – w zdrowym ciele zdrowy duch. 100% racji! A trzecim nawykiem to pozytywne nawyki związane z odżywianiem. Bo jesteś tym co jesz. Jak jesz śmieci, to w środku co masz mieć? Masz śmieci. Dlatego tak ważnym jest umiejętne zarządzanie sobą, bo albo sobie szkodzimy, albo sobie pomagamy. Podsumowując to żargonem informatycznym – ŚMIECI NA WEJŚCIU, ŚMIECI NA WYJŚCIU!

Na koniec załączam słowa bardzo znanego lidera, wg różnych źródeł największego obecnie lidera na świecie, jakim jest John Maxwell:

 

Nasze ograniczenia

Czy wiesz co Cię ogranicza?

Ostatnio mój bardzo dobry kolega zadał mi pytanie skąd czerpię inspirację na bloga. Odpowiedziałem, że zewsząd, bo jak zaczynasz prowadzić bloga to w każdej rozmowie możesz znaleźć temat. Czytasz – znajdujesz temat, oglądasz film – znajdujesz temat, gdziekolwiek jesteś – znajdujesz temat.
A dzisiejszy wziął się z książki, którą obecnie czytam.

Pragnę zainspirować Cię, byś pozbył się ograniczeń, które Cię powstrzymują i blokują Twój potencjał. Ale żeby to zrobić to trzeba zapoczątkować cały proces nauki. Bo od nauki wszystko się zaczyna. Jeśli jesteś jak większość ludzi to z pewnością chcesz od życia więcej niż masz obecnie. Może nie do końca zadowolony jesteś ze swoich postępów. Czy realizujesz w życiu wszystko to co sobie założyłeś? A jeśli nie, to dlaczego? Musisz wiedzieć co Cię ogranicza, bo jeśli tego nie wiesz, to jak miałbyś pozbyć się przeszkody? Każdy z nas ma ograniczenia, które sami sobie nałożyliśmy. Ale ludzie mogą się rozwijać, mogą zmieniać własny potencjał i poprawić swoje zdolności. Charles Schulz, twórca komiksów, napisał: „Życie przypomina rower z dziesięciostopniową przerzutką. Większość z nas ma biegi, których nigdy nie używa”. Tłumacząc to na nasz język, większość z nas ma potencjał, z którego nie korzysta. Posiadamy możliwości, których nie jesteśmy świadomi. Ale każdy z nas może to zmienić. Pytanie tylko jak bardzo tego pragniemy. Czy przy pierwszej porażce się poddamy czy wyciągniemy z niej wnioski i będziemy szli naprzód?

To, co powstrzymuje ludzi od zwiększania swojego potencjału, to często brak chęci i wymówki. Bo w wymówkach, my ludzie, jesteśmy najlepsi. Więc nie pozwól sobie na ograniczenia i wyzwól w sobie możliwości, o których nawet jeszcze nie wiesz, że je masz. Czy wiesz jak tresuje się słonie? Ludzie potrafili nakłonić słonia do pozostawania w jednym miejscu, posługując się jedynie niewielkim sznurkiem. To niesamowite tym bardziej, że dorosły słoń azjatycki ma jakieś 3 metry wysokości i waży ponad 4 tony. Gdzie więc tkwi tajemnica? Gdy słoń jest bardzo mały i młody, i waży zaledwie kilkaset kilogramów, ludzie przywiązują mu do nogi łańcuch, którego nie może zerwać. Słoń próbując go zerwać uczy się, że nie jest to niemożliwe i nie może odejść z miejsca. W ten sposób słoń zaczyna wierzyć w swoje ograniczenia i nawet sznurek jest silniejszy od niego. Dlatego ludzie przypominają trochę słonie, bo zaczynamy wierzyć w ograniczenia, które nabyliśmy w dzieciństwie myśląc, że są one stałe. Większa świadomość zmienia wszystko. Pozwala nam pozbyć się ograniczeń, które nas blokują. A potencjał ludzki jest nieograniczony. Nikt do tej pory nie zbadał, gdzie tkwią granice ludzkich możliwości. Najlepiej można to zaobserwować podczas bicia kolejnych rekordów. Każdy rekord jest rekordem do momentu, aż ktoś inny go nie pobije. Ty też możesz rozwinąć swój potencjał. Ja też miałem i mam dalej ograniczenia, nad którymi intensywnie pracuję. Jeszcze kilka lat temu nawet nie myślałem, że będę prowadził bloga o pozytywnym nastawieniu, tym bardziej, że z języka polskiego na maturze miałem 3 😉 A dziś to robię i coraz częściej słyszę, że mam talent i żebym tego nie spieprzył 🙂 Podobnie było ze startami w biegach górskich z przeszkodami. Kiedyś nienawidziłem biegania do momentu, aż je polubiłem. I zacząłem biegać. Tak mnie ten sport pochłonął, że postanowiłem w wieku 38 lat wystartować w Mistrzostwach Europy w biegach górskich z przeszkodami, które odbyły się w Tatrach po stronie słowackiej na tatrzańskiej Łomnicy, choć część moich znajomych pukało się w głowę pytając mnie jednocześnie po co mi to? I ukończyłem ten bieg, którego trasa miała 30 km. Zajęło mi to 5h 30min i byłem słabszy od najlepszego zawodnika o prawie 3h, ale co z tego. Swoje ograniczenia pokonałem. I wiecie co się później dzieje? Zaczynasz wierzyć, że możesz więcej osiągnąć. Następuje efekt domina, albo jak kto woli, efekt kuli śnieżnej. Zaczyna Ci wychodzić coraz więcej rzeczy, bo pozbywasz się właśnie tych ograniczeń. Zaczynasz sobie stawiać coraz bardziej ambitne cele, które powodują, że stajesz się lepszą wersją samego siebie. Kolejnym przykładem jest mój syn, Dominik, który jako dziecko niepełnosprawne z mózgowym porażeniem dziecięcym zaczął chodzić o kulach i z sukcesami startuje z zawodach armwrestlingu, choć po jego urodzeniu lekarz powiedział, że może być dzieckiem, które będzie leżało i wymagało ciągłej opieki. A dziś, mając 15 lat, jest najmłodszym w historii medalistą Mistrzostw Polski i z powodzeniem rywalizuje z dziećmi zdrowymi w swojej kategorii wiekowej. To pewnie temat na osobny artykuł, dlatego teraz nie będę się nad tym rozpisywał. I takich przykładów mógłbym tutaj mnożyć więcej. Chcę Ci przez to pokazać, drogi Czytelniku, że Ty też możesz pozbyć się ograniczeń. Skoro ja i Dominik mogliśmy, to może to każdy. Najważniejsze to uwierzyć. Choć musisz mieć też świadomość, że nie pozbędziesz się każdego ograniczenia i dlatego niezbędna jest wspomniana już wcześniej samoświadomość.

Mark Twain kiedyś powiedział:

„Jeśli myślisz, że możesz i jeśli myślisz, że nie możesz, to w obu przypadkach masz rację”.

I z tą myślą Was zostawiam 🙂