Nigdy nie rezygnuj ze swoich marzeń

Właśnie jesteśmy z Sylwią na fantastycznym spotkaniu. Spotkaniu pełnym inspiracji, którego nigdzie indziej nie doświadczysz. Ale po kolei…

Kilka lat temu zacząłem szukać czegoś, co da nam inny rezultat w życiu, bo obłędem jest robienie cały czas tego samego i oczekiwanie innych rezultatów. Myślałem o założeniu swojego biznesu, bo wiedziałem, że etat nie da mi tego co chcę. Fakt, znam wielu ludzi, którzy zarabiają bardzo dużo pieniędzy na etacie i mają dobre życie, ale nie mają stylu życia. Cały czas jest to tylko 26 dni urlopu w roku i to nie zawsze wtedy kiedy chcemy. A ja tak nie chciałem, bo praca na etacie to jak praca na smyczy, bo nie wiem jak bardzo byś chciał, to i tak nie ty decydujesz o sobie.

I spotkaliśmy się z biznesem sieciowym, który daje taką możliwość. Zaczęliśmy go budować wykorzystując najlepszy na świecie system nauczania firmy Network 21 i dość szybko przyszły pierwsze sukcesy. O tym, że Network 21 jest najlepszy świadczy chociażby fakt, że jest to firma, która działa w kilkudziesięciu krajach na całym świecie i o jej świetności mówi sam John Maxwell. Przyszły pierwsze pieniądze i uznanie. I niestety spoczęliśmy na laurach. Zamiast skupić się na tym, by iść za ciosem, to skupiliśmy się na naszych obecnych zajęciach. Sylwia na swojej firmie, a ja na pracy na etacie. Sylwii marzeniem był rozwój swojej firmy, a moim zostanie przed 40 rokiem życia dyrektorem. Takie tam marzenie faceta. I Sylwia i ja swoje marzenia spełniliśmy. Rozwijając swoje zajęcia nigdy jednak nie zrezygnowaliśmy z nauki i samorozwoju. Codziennie czytaliśmy i czytamy książki, nie opuściliśmy żadnego szkolenia i cały czas jesteśmy w środowisku fantastycznych ludzi sukcesu, liderów, za którymi podążają setki tysięcy osób. I dzięki Bogu, że tak się stało, bo wiele osób nam to odradzało. Ja dostałem nawet ultimatum, że stracę pracę. Skłamałbym, gdybym powiedział, że nasze sukcesy nie są wypadkową systemu szkoleniowego Network 21. Są i każdemu, z kim rozmawiam, o tym wspominam. Książki zmieniły nasze życie. Pozwoliły się rozwinąć i uratowały nasze małżeństwo. Bo nie zawsze było łatwo, lekko i przyjemnie. Ktoś mi kiedyś powiedział, że każdy problem, który kiedykolwiek powstał na świecie, został opisany w książkach wraz z gotowymi rozwiązaniami. I to jest fakt. Wiele razy słyszałem, po co i dlaczego budujemy jeszcze jakiś tam biznes skoro mamy w życiu to co mamy? Budujemy go po to, by mieć styl życia. By samemu decydować o tym, co chcemy w życiu robić. Bo my naprawdę mamy dobre życie, ale nie mamy stylu życia. Wielu naszych znajomych i przyjaciół tego nie rozumie, albo może nie chce zrozumieć. Czasem zastanawiam się dlaczego. Czy dlatego, byśmy nie mieli lepiej w życiu? Nie wiem. Wierzę jednak, że kiedyś się dowiem. Przestaliśmy już dawno słuchać wszystkich, którzy mówią nam, że nie warto, że szkoda czasu itd. Bo ludzie, którzy nam to mówią wcale nie mają lepiej od nas. W ponad 90% przypadków mają od nas gorzej, a i tak dalej mówią, że nie warto. I to jest niesamowite. Niby większość z tych osób chce mieć lepsze życie, ale kompletnie nic z tym nie robi lub cały czas szuka wymówek usprawiedliwiając swoje zachowania. Bo jesteśmy tylko ludźmi, którzy są mistrzami w wynajdowaniu racjonalnych powodów, by czegoś nie robić.

I jest dzisiejsze spotkanie. Spotkanie dla liderów, na które się zakwalifikowaliśmy. Gościem specjalnym jest para z USA, Ken i Jeniffer Woods. Niesamowici ludzie, którzy pracowali w wywiadzie USA. Niesamowita kariera. Ale tak to tylko wyglądało z zewnątrz. Bo to przecież wojsko, w którym nie masz nic do powiedzenia. Na szczęście oni to w porę zauważyli i zmienili swoje życie przy okazji zmieniając życie tysięcy ludzi wokół. Pisząc o zmianie mam na myśli poprawę życia na lepsze. Podobnie jak ludzie, którzy pracują na etacie i boją się zrobić ten krok, by coś zmienić w swoim życiu, ja też się bałem, bo co będzie jak stracę pracę. Aż przyszedł taki moment w moim życiu, że powiedziałem dość! To jest moje życie i to ja sam będę o nim decydował! I tak się właśnie stało. Odszedłem z pracy (pisałem o tym już wcześniej) i czuję się wolny, bo nikt mi już nie powie, że muszę to czy tamto. Wiem, że to dopiero początek. Ale wiem też, że to początek wspaniałego życia, o które zaczęliśmy walczyć. Życia, w którym to my pewnego dnia sami będziemy decydować co i kiedy będziemy robić. Tego nikt nas nie uczy, ani w szkole, ani gdziekolwiek indziej. A my z Sylwią chcemy mieć cudowny styl życia. Taki, jak ludzie, których znamy i z którymi spotykamy się na seminariach.

Wiem, że to co zaczęliśmy robić, pozwoli nam odzyskać nasze życie. Bo wszystko co się dzieje w naszym życiu, dzieje się dla naszego dobra.

Na zdjęciu z Kenem i Jennifer Woods.

 

Bajka o zmianie

Bajka o zmianie

Dawno, dawno temu za górami za lasami…

Nie to było zupełnie niedawno temu. W Oxfordzie, na sławnym uniwersytecie, wykładał filozofię i logikę pewien profesor. Profesor ten był bardzo dobry w sztuce dyskusji. Był niepokonany w argumentowaniu i zawsze miał odpowiedź na każde postawione mu pytanie. Był bardzo ceniony przez studentów i kolegów. W niektórych kręgach uważano go za najlepszego na świecie w sztuce dyskusji. Profesor był z tego oczywiście bardzo dumny, bo któż by nie był. Pewnego dnia usłyszał, że w Japonii mieszka Mnich Zen okrzyknięty niepokonanym w sztuce dyskusji. Profesorowi duch rywalizacji nie był obcy. Postanowił więc przekonać się, który z nich jest naprawdę najlepszy na świecie.
Okazja nadarzyła przy okazji konferencji, na której Mistrz Zen miał przemawiać.
Profesor poleciał do Japonii i już w hotelu nie mógł doczekać się spotkania.
Wypytywał gdzie może spotkać Mistrza. Dowiedział się, że nad rzeką, gdzie Mistrz
medytował. Nie mógł powstrzymać się i pobiegł nad rzekę zmierzyć się z Mistrzem. Zobaczywszy go wyjaśnił cel swojej wizyty.
– Jak chcesz sprawdzić który z nas jest lepszy? – spytał Mistrz
Przygotowałem dla Ciebie pytanie, które dotyczy rzeki, nad która medytujesz.

– Słucham Cię – odpowiedział Mistrz

– Czy można wejść dwa razy do tej samej rzeki? – spytał Profesor
Mistrz się zamyślił. Popatrzył na rzekę, posłuchał jak woda pluska, zobaczył jak na
falach odbija i mieni się słońce. Wciągnął w nozdrza wilgoć rzeki. Włożył do rześkiej
wody jeden palec. Poczuł jak woda go opływa. Zanurzył kolejny a potem całą dłoń.
Długo przyglądał się jak woda omywa rękę. Tak mijały minuty, a Mistrz tkwił w zadumie.

Profesor zniecierpliwiony przestępował z nogi na nogę w niepokoju oczekując odpowiedzi. W końcu poprosił.

– Mistrzu, chyba już czas, abyś odpowiedział na moje pytanie. Ta cisza trwa zbyt

długo. Na to Mistrz wyjął rękę z wody, popatrzył na Profesora i rzekł.

– Drogi Profesorze, czyżbyś nie wiedział, że do tej samej rzeki NIE DA SIĘ WEJŚĆ
NAWET JEDEN RAZ. Rzeka ciągle się zmienia. Zmienia się w chwili gdy wkładasz w
nią czubek palca. Zmienia się gdy wkładasz go dalej. Zmienia się gdy włożysz drugi.
Jest już zupełnie inną rzeką gdy włożysz do niej całą dłoń. Zmienia się gdy w niej ją trzymasz i jest inna gdy wyjmiesz z niej dłoń. Tak samo jest z naszym życiem. Ono jest jak rzeka i też zmienia się w każdej chwili. Paradoks jednak polega na tym, że my ludzie, ciągle uważamy, że z sekundy na sekundę, z chwili na chwilę pozostajemy tacy sami.

Praca na etacie

Witajcie po trochę dłuższej niż zwykle przerwie 🙂

Dziś postanowiłem napisać o swoich przemyśleniach na temat decyzji, którą podjąłem jakiś czas temu, a w tym tygodniu stała się ona faktem. Odszedłem z pracy na etacie! Tak. Wiele razy słyszałem i czytałem, że człowiek po skończeniu 40 lat podejmuje decyzje o tym, by otworzyć swój własny biznes i być samemu sobie szefem. I ta myśl nie dawała mi spokoju. Dlaczego? Bo poznałem bardzo wielu ludzi, którzy pracują dla siebie i spełniają swoje marzenia, a nie marzenia innych osób. I mają styl życia, który ja też chcę mieć. Dlatego w pewnym momencie mojego życia sam zapragnąłem podjąć taką właśnie decyzję. Muszę tu od razu dodać, że absolutnie nie neguję pracy na etacie. Tak pracuję od ponad 20 lat i bardzo dużo przez ten okres się nauczyłem. Piszę, że pracuję, bo właśnie jestem na okresie wypowiedzenia umowy i finalnie nie będę już pracował w październiku. Decyzja ta jest bardzo przemyślana i dokładnie policzona. Wspólnie z moją żoną bardzo długo się do niej przygotowywaliśmy. Od wielu lat czytamy książki, słuchamy nagrań szkoleniowych w formie audio i szkolimy się rozwijając cały czas swoje kwalifikacje. Brian Tracy i wielu podobnych do niego osób cały czas powtarza, że jeśli chcesz sam decydować o swoim życiu, to nie możesz pracować na etacie. Bo etat wbrew pozorom nie daje żadnej stabilizacji, a z drugiej strony większość osób pracuje na etacie i myśli, że ma stabilne i spokojne życie. Tylko z drugiej strony jeśli robisz coś, co robi większość, będziesz miał takie rezultaty, jakie ma większość. Tak samo jest ze sposobem myślenia. Kiedyś na jednej z płyt usłyszałem, by osiągnąć w życiu sukces, należy odejść z gry etatowej i wejść do gry o wolność.  I ta myśl pozytywnie mnie „prześladuje” od kilku lat. Ja zawsze miałem i dalej mam marzenia. I bardzo intensywnie pracuję nad ich realizacją.

Ostatnio jedna z osób, która dowiedziała się o mojej decyzji, zadała mi pytanie co ma zrobić, by podjąć podobną decyzję do mojej? Powiedziałem jej, że musi zmienić sposób myślenia. Ale by to zrobić należy zmienić środowisko. Należy zacząć przebywać z ludźmi sukcesu, którzy mają rezultaty takie, jakie Ty chcesz mieć. Należy czytać i bezwzględnie się uczyć poświęcając większość wolnego czasu na rozwój osobisty. Bo skoro ktoś zarabia 2 tyś. zł to dlatego, że jego wiedza wyceniana jest na 2 tyś. zł. Jeśli chcemy zarabiać więcej to musimy wiedzieć więcej i zrobić więcej. No i usłyszałem, że to nie jest prawdą, że książki nie mogą w tym pomóc. Że Tobie to teraz łatwo jest mówić i takie tam. Dla mnie to wymówki i próba tłumaczenia siebie. Wymówka to nic więcej jak próba znalezienia racjonalnego powodu swoich decyzji.

Mark Twain powiedział: „Jeśli myślisz, że możesz lub jeśli myślisz, że nie możesz, to w obu przypadkach masz rację”. I tak to jest właśnie z tym decyzjami. Ludzie chcą zmian, ale w nie nie wierzą. Chcieliby zarabiać więcej, ale nie zrobią nic więcej by to zrobić. Czasem trzeba zrobić krok w tył, by następnie zrobić dwa do przodu. I taką właśnie ja podjąłem decyzję. I czuję się z nią wolny i szczęśliwy. Odchodzę z firmy, w której odniosłem sukces, w której pracowałem 11 lat i która dała mi dużo siebie. Wszystkie moje wskaźniki w pracy są w trendzie wzrostowym i tym bardziej wszyscy moi koledzy z pracy są zaskoczeni tą decyzją. A ja jestem szczęśliwy, że kolejny raz w moim życiu to ja podejmuję jedną z najważniejszych decyzji samodzielnie. Dostałem kilka smsów o treści „masz chłopie jaja”. Tak, zawsze miałem, bo nikt inny tylko ja zawsze decydowałem o swoim życiu. Kto nie ryzykuje ten nie pije szampana. A ja chcę go pić! To, że ktoś jest dziś w miejscu, w którym nie chce być jest zasługą podjętych wiele lat temu decyzji. Mówi się, że dziś podjęte decyzje będą skutkowały w Twoim życiu za 5 lat. Uważajmy więc jakie one są.

Padają teraz pytania co będę robił. Mam kilka pomysłów na siebie. Jednym z nich jest zbudowanie biznesu sieciowego, bo takowy budowałem, ale tak bardzo pochłonęła mnie praca na etacie i mój awans na dyrektora, że w pewnym momencie przestaliśmy wspólnie z żoną się angażować. Z jednego nie zrezygnowaliśmy. Z nauki, szkoleń, książek i płyt audio. Powiedziałem sobie kiedyś, że dopóki będę na etacie to nie zbudujemy biznesu. Pamiętaj, że sprawdza się wszystko co sobie mówisz. Dlatego wierzę, że teraz zbuduję biznes. Będę też pomagał rozwijać firmę mojej żony, bo potencjał jej firmy jest ogromny. Chcę też uczyć ludzi więc pewnie tak się stanie. Możliwości jest dużo, a pojawiają się dopiero wtedy, gdy decyzje, które podejmiesz płyną prosto z Twojego serca. Decyzje muszę wejść z głowy do serca. Inaczej to nie działa.

Jak już się poukładam „na swoim” to pewnie opiszę jak to jest, a tymczasem jeśli chcecie, to trzymajcie kciuki, a jeśli nie to nie trzymajcie. Ja i tak robię swoje! Wierzę głęboko, że osiągnę swoje cele i marzenia, a mam ich bardzo dużo, bo jak mawiał Abraham Lincoln, najlepszą metodą przewidywania przyszłości jest jej tworzenie. A ja chcę Tworzyć swoją przyszłość!

Czy prawo przyciągania działa?

Jest wiele teorii czy prawo przyciągania działa czy też nie. Wg mnie zdecydowanie działa jeśli tylko w to wierzysz. A jeśli nie wierzysz to też działa, tylko przyciągasz wtedy rzeczy, okoliczności i zdarzenia, których nie chcesz. Dlatego jeśli działa w obu przypadkach, to warto by działało dla nas w sposób pozytywny. Ale by do tego doprowadzić należy bardzo dokładnie określić i napisać to czego od życia oczekujemy. Bo jak coś nie jest dokładnie opisane to otrzymamy to, co chcemy, ale nie zawsze w takiej formie, w jakiej byśmy chcieli.

Od razu też dodam, że nie jestem żadnym ekspertem w prawie przyciągania, choć przeczytałem na ten temat kilka książek i na co dzień stosuję wiele z tego, czego się z nich dowiedziałem. Wiele, co nie znaczy wszystko, ale pozwolę sobie podać i opisać tylko kilka przykładów z życia, w których zastosowane prawo działa, choć nie będę opisywał dokładnie krok po kroku jak do tego doszło.

Spłata kredytu na mieszkanie:

Po raz pierwszy wyraźnie określiłem, czego chcę, gdy mając 26 lat kupiliśmy razem z żoną 3 pokojowe mieszkanie i oczywiście, jak większość młodych małżeństw, wzięliśmy na ten cel kredyt. Powiedziałem sobie wtedy, że spłacę go najpóźniej w dniu moich 35 urodzin. Wiele razy rozmawiając o tym wspominałem właśnie tę datę jako moment spłaty kredytu. Kredyt spłaciliśmy dokładnie w miesiąc po moich 35 urodzinach.

Wymarzone auto:

Mieliśmy wtedy kupioną w salonie nowiutką KIA Sportage i jeździliśmy nią zaledwie 4 miesiące. Pewnego dnia, idąc przez centrum handlowe w Koszalinie, zauważyłem piękny samochód w kolorze brązowym. Był nim Opel Insignia. Powiedziałem wtedy do Sylwii, że następnym samochodem po KIA będzie właśnie ten Opel. Błędem z mojej strony było nie określenie dokładnie daty, ani tego, jak to się stanie, że będziemy mieli to auto. A stało się tak, jakbym nigdy tego nie przewidział. Sylwia, jadąc któregoś razu od klienta, wypadła z zakrętu, wjechała do rowu i dachowała. Auto zostało rozbite i oczywiście poddane kasacji. Na szczęście mojej żonie nic się nie stało. A następne auto to był właśnie Opel Insignia – dokładnie ten, który wtedy stał w centrum handlowym.

Dom w górach:

Moje marzenie od wielu lat. Mieć dom w górach. Tylko nie określiłem jaki to ma być dom. I jest, tylko nie dom, a apartament pod wynajem. Miał być w górach – jest. Miał być w lesie – jest. Miał mieć basen i siłownię – ma. Mam więc prawie wszystko. Prawie robi wielką różnicę 😉

Mistrzostwo Polski Dominika w Armwrestlingu:

3 miesiące przed Mistrzostwami Polski w Armwrestlingu zapisałem i czytałem codziennie, rano i wieczorem, że Dominik zostanie w tym roku Mistrzem Polski w swojej kategorii wagowej. Skąd pomysł na zapisanie i czytanie. Brian Tracy  na jednym ze swoim nagrań audio mówił, żeby ustalić i zapisać na najbliższy rok 10 swoich celów w czasie teraźniejszym. Oprócz tego Tracy  mówi, by czytać je codziennie rano i wieczorem. I tak też robię. I co się stało. Domino zostaje Mistrzem Polski.

Mały kotek:

Mieliśmy jakiś czas temu kota. Był to dachowiec bardzo do nas przywiązany. Fantastyczny wojownik, który z każdej swojej wyprawy przychodził z jakąś raną, wbitym pazurem i innym śladami walki. Maja w tym czasie przez długi czas mówiła, że chce mieć małego kotka. Powiedziałem jej wtedy, że tak, ale dopiero wtedy, gdy nie będziemy mieli naszego obecnego zwierzaka. I … nasz kocur ginie w wypadku pod kołami samochodu! Po tej sytuacji płakaliśmy za nim jak małe dzieci, ale 3 miesiące później do naszego domu zawitał mały kotek rasy brytyjskiej! Zbieg okoliczności? Nie sądzę. I jeszcze jedna ciekawostka. Maja, po tym jak dostała nowego zwierzaka, powiedziała, że jej marzeniem było otrzymać kota jako prezent na I komunię Św. A kot była właśnie taki prezentem.

Mój awans na dyrektora:

I ostatni przykład, że PP działa. W obecnej firmie pracuję już 11 lat. Zaczynałem jako kierownik gastronomii. I wtedy, a było to jakieś 10 lat temu, wymarzyłem sobie, że przed 40 urodzinami zostanę w tej firmie dyrektorem. Ludzie mają różne marzenia, a moim był właśnie awans. Przez wiele lat nic się nie działo, ja robiłem swoje, zmieniali się szefowie, zakresy obowiązków i … 3 miesiące przed moimi 40 urodzinami dostałem awans.

Niesamowite, prawda? Mógłbym takich przykładów napisać jeszcze wiele, ale myślę, że już wystarczy. Najważniejsze w tym wszystkim jest to, że prawo przyciągania działa, gdy my chcemy, by działało i w nie uwierzymy. Zachęcam Was do tego, by samemu decydować o tym, czego od życia oczekujemy. To my, a nie nikt inny, decyduje o tym, co się w naszym życiu przydarza. To od nas zależy, czy osiągniemy sukces, czy nie. Często słyszę, że ta czy inna osoba ma szczęście, a ja zawsze mówię, że szczęście jest wtedy, kiedy przygotowanie trafia na okazję. A okazje przyciągamy do swojego życia sami. Przyciągaj więc to co chcesz od swojego życia.

Bajka o szczęściu czyli w poszukiwaniu mądrości życia

W poszukiwaniu mądrości życia… zaczerpnięte  z książki Margaret Silf

Był sobie raz dobry i szczery człowiek, który szukał drogi do szczęścia, drogi do prawdy. Pewnego dnia udał się do starego mędrca, który – jak sądził potrafi mu tę drogę wskazać. Mędrzec przyjął go ciepło, siedząc przed wejściem do namiotu. Podał poszukującemu szklankę z herbatką miętową, a następnie z ochotą wyjawił sekret drogi do szczęścia i prawdy.

– To długa droga — powiedział. – Ale na pewno tam trafisz. Idąc długo dojdziesz do wioski, którą ci opiszę i w samym jej sercu znajdziesz trzy sklepiki. Tam zostanie tobie wyjaśniony sekret szczęścia i prawdy.

Droga była bardzo długa. Poszukujący przebył wiele dolin, przekroczył wiele rzek. W końcu dotarł do wioski, a serce podpowiedziało mu: „To tutaj. Tak. To jest miejsce, którego szukasz.” I rzeczywiście w środku wioski znajdowały się trzy sklepiki. Kiedy jednak wszedł do nich, bardzo się zawiódł. W pierwszym sklepiku znalazł jedynie kilka rolek drutu. W drugim parę kawałków drewna. A w trzecim kawałki metalu o dziwnych kształtach. Zmęczony i zniechęcony wyszedł z wioski i na niedalekiej polance znalazł miejsce nocnego odpoczynku. Zapadła noc. Księżyc w pełni zalewał polanę łagodnym blaskiem. I właśnie, gdy wędrowiec miał już zasnąć, usłyszał dochodzącą od strony wioski cichą melodię. Cóż to za magiczny instrument rozbrzmiewał tak doskonałą harmonią? Wstał szybko i ruszył w kierunku, w którym, jak przypuszczał, znajdował się muzyk. Ku swemu zdumieniu odkrył, że niebiańska melodia była dziełem muzyka grającego na cytrze. Cytra natomiast, widział to wyraźnie, została wykonana z drutu, kawałka drewna i metalowych części, którymi wcześniej wzgardził, widząc je wystawione na sprzedaż w trzech wiejskich sklepikach. I w tej chwili zrozumiał, że szczęście to połączenie wszystkiego, co już otrzymaliśmy, a nie zawsze dostrzegamy.

A czy Ty dostrzegasz szczęście w swoim życiu czy widzisz same negatywy? Pamiętaj, że od życia otrzymujesz wszystko to na czym się najczęściej skupiasz. To od Ciebie zależy jak wygląda obecnie lub będzie wyglądało Twoje życie w przyszłości.

Wszystko się zmienia kiedy człowiek się zmienia

Ostatnio, jak byłem z Dominikiem na spotkaniu z dziećmi ze szkoły podstawowej i gimnazjum w Biesiekierzu, naszła mnie pewna refleksja dotycząca tego, jak bardzo często ludzie zmieniają swoją opinię w stosunku do drugiej osoby. Kilka lat temu, gdy Dominik uczył się jeszcze w szkole podstawowej, przyszła do mnie Maja, moja córka, mówiąc mi, że bardzo źle czuje się w szkole. Zadałem jej pytanie dlaczego? Bo dzieci w szkole śmieją się z niej, że jej brat chodzi o kulach i jest niepełnosprawny. Dzieci …

Przeprowadziłem z Mają rozmowę, w której wytłumaczyłem jej, żeby się tym nie przejmowała, bo dzieci czasem nie zastanowią się nad tym co mówią i mogą swoimi słowami sprawić komuś przykrość nie zastanawiając się nad konsekwencjami.

I minęło kilka lat …

W tym czasie Dominik zaczął zdobywać medale w siłowaniu na ręce, ja zacząłem prowadzić jego fanpage i tym samym stał się w gminie osobą rozpoznawalną. Mieliśmy bardzo intensywny okres w marcu, kiedy Dominik otrzymał nagrodę Prezydenta Koszalina za osiągnięcia sportowe, miał wywiad w Radio Koszalin, został m.in. o nim nakręcony reportaż dla TVP 3 Szczecin. I wtedy też dostaliśmy zaproszenie na spotkanie do byłej szkoły podstawowej w Starych Bielicach, do której uczęszczał. O spotkaniu już pisaliśmy na fanpagu Dominika. Spotkanie było niesamowicie inspirujące, dzieci były zachwycone, a na końcu Dominik rozdawał swoje pierwsze w życiu autografy 🙂 W domu Maja podchodzi do mnie i mówi, że jej koledzy i koleżanki ze szkoły, te same dzieciaki, które wcześniej śmiały się z Dominika, teraz powiedziały Mai, że ma super brata, że jest przystojny i czy mogą do niego pisać na jego fanpage.

Zobaczcie, jak wszystko się zmienia, kiedy człowiek się zmienia. I tak jest w życiu ze wszystkim. Jeśli jesteś inny, czymś się wyróżniasz, masz marzenia, których inni nie rozumieją, to ludzie się z Ciebie śmieją. Jedni oficjalnie, a inni z ukrycia. Gdy nie zrezygnujesz z marzeń i będziesz dążył do ich realizacji, a potem je realizował, te same osoby będą Ci mówiły, że podjąłeś słuszną decyzję nie rezygnując, że trzymają za Ciebie kciuki itd. Takie to jest życie. Najważniejsze, to nigdy się nie poddawać i nie próbować nikogo na siłę zmieniać. Zmieni się wszystko wokół Ciebie, jak Ty się zmienisz.

Z serii motywacyjnych inspiracji – Wywiad z … Radkiem Kwietniewskim

Dziś kolejny z cyklu „Wywiad z …”. Tym razem na tapetę wzięty został kolejny zawodnik kadry Polski i srebrny medalista Pucharu Świata w Armwrestlingu, Radek Kwietniewski.

Podobnie jak tydzień temu, zadałem Radkowi kilkanaście pytań, na które z wielką chęcią odpowiedział. Historia Radka jest niezwykłą historią faceta, który będąc zdrowym i młodym chłopakiem uległ poważnemu wypadkowi, leżał kilka miesięcy w śpiączce, a teraz dzielnie walczy o powrót do jak największej sprawności jednocześnie zdobywając medale w „siłowaniu na rękę”. Radka nie da się nie lubić. Jest bardzo ciepłym, cały czas uśmiechniętym facetem, którego wszędzie jest pełno. Nazwałbym go taką „duszą towarzystwa”, którego nie da się nie lubić :). Ja, redagując i kolejny raz czytając ten wywiad, miałem ciarki na całym ciele. Za każdym razem, gdy poznaję historie osób, które pomimo trudności w życiu i niesamowitych ograniczeń, walczą o lepsze jutro, jestem wdzięczny Bogu za to co mam. Z wielką przyjemnością zapraszam Was do poznania Radka i jego historii.

D.Z. – Cześć Radek. Powiedz nam proszę skąd pochodzisz i gdzie się urodziłeś?

R.K. – Cześć Damian. 30-lat temu urodziłem się w Lublinie, ale od 29-lat mieszkam w Mysłowicach, więc jestem pełnoprawnym mieszkańcem Górnego Śląska.

D.Z. – Od kiedy jesteś osobą niepełnosprawną i co to za rodzaj niepełnosprawności?

R.K. – Osobą niepełnosprawną jestem od 14-roku życia. Mam porażenie czterokończynowe, deficyt uwagi, pamięci oraz koncentracji.

D.Z. – Jak doszło do tego, że jesteś osobą niepełnosprawną?

R.K. – W 2002 r. potrącił mnie bus, wypadek spowodował poważny uraz mózgu. Przez 4 miesiące byłem w śpiączce. Po wybudzeniu musiałem wszystkiego się uczyć od nowa. Dzięki wieloletniej rehabilitacji nie jestem rośliną, ale mam sporo ograniczeń.

D.Z. – Od ilu lat trenujesz armwrestling i skąd zainteresowanie tym sportem?

R.K. – Armwrestling trenuję siódmy rok. Przed wypadkiem byłem uczniem szkoły sportowej, uprawiałem pływanie, zapasy, piłkę nożną, tańczyłem break dance. Kiedy stanąłem na nogi zaczął mi doskwierać brak aktywności fizycznej oraz nadmiar wolnego czasu, dlatego pomyślałem o powrocie do sportu. Z uwagi na moje ograniczenia musiałem sobie znaleźć jakąś statyczną dyscyplinę. W sieci trafiłem na Armwrestling, znalazłem klub w Jaworznie, postanowiłem spróbować i to był strzał w 10!

D.Z. – Czy trenujesz inny sport, a jeśli tak to jaki?

R.K. – W tej chwili poświęcam się jednej dyscyplinie, ale co roku jeżdżę na obóz konno-wspinaczkowy.

D.Z. – Niesamowite! A co robisz na co dzień? Gdzie pracujesz? A może jeszcze czegoś się uczysz się?

R.K.  – Skończyłem liceum w toku nauczania indywidualnego, niestety kontynuowanie nauki w ten sposób było niemożliwe. Niestety nie pracuję. Bardzo chciałbym, ale kto mnie zatrudni? Mam ustaloną trwałą niezdolność do pracy. Swój czas dzielę między treningi, rehabilitacją, wizytami u logopedy, spotkaniami z przyjaciółmi.

D.Z. – Jakie masz największe marzenie?

R.K. – Najbardziej w życiu chciałbym być zdrowy, ale wiem, że to nie możliwe. Jeśli chodzi o bardziej realne marzenia, to marzy mi się założenie szczęśliwej rodziny i Mazurek Dąbrowskiego na MŚ, a jeszcze lepiej na paraolimpiadzie.

D.Z. – Podziel się proszę z naszymi czytelnikami swoim największym sukcesem w Armwrestlingu?

R.K. – Moim największym osiągnięciem było zdobycie  srebrnego medalu na Pucharze Świata zawodowców na obie ręce.

D.Z. – Co chcesz przekazać innym osobom, które trenują  ten sport?

R.K. – Najważniejsza jest praca, praca, praca, a potem znowu praca i samodyscyplina. I jeszcze jedno przesłanie: Żaden medal w żadnej dyscyplinie sportu nie jest wart tego, aby rujnować swoje zdrowie sterydami. Doping jest czymś złym i haniebnym. Jestem wielkim przeciwnikiem używania tego rodzaju niedozwolonych środków!

D.Z – Co wg Ciebie należy zrobić by osiągnąć w życiu sukces?

R.K. – Na to nie ma jednej recepty, ale na pewno siedzenie na tyłku w niczym nie pomoże. Trzeba poszukać odpowiedniej dla siebie dziedziny, w której będzie się można realizować i wziąć się do roboty.

D.Z. – Jakie miałaś najbardziej przełomowe momenty w swoim życiu?

R.K. – Było kilka takich momentów. Pierwszy to dzień, w którym miałem wypadek, bo moje życie zmieniło się wtedy diametralnie. Drugi to kiedy po kilku latach samodzielnie postawiłem pierwsze kroki i zrozumiałem, że warto żyć. Kolejny to kiedy zdobyłem pierwszy brązowy medal na Mistrzostwach Polski i uwierzyłem, że mimo wszystko mogę coś w życiu osiągnąć.

D.Z. – Kim są dla Ciebie Twoi rywale podczas zawodów? Jak ich traktujesz?

R.K. – Na pewno nie są moimi wrogami, ale przyjaciółmi też nie. Swoich rywali szanuję, ale wiem, że muszę zrobić wszystko, aby ich pokonać.

D.Z. – Jak reagujesz na porażki, bo przecież nie zawsze wygrywasz?

R.K. – Oczywiście to nie powód do dumy, ale każda porażka motywuje mnie do jeszcze cięższej pracy.

D.Z. – Czy jest taka decyzja, której najbardziej żałujesz w swoim życiu?

R.K. – Na szczęście, do tej pory nie musiałem specjalnie żałować żadnej swojej decyzji i chciałbym, żeby tak było jak najdłużej.

D.Z. – Jaką najważniejszą zasadą kierujesz się w życiu?

R.K. – Najważniejsze zasady, którymi kieruję się w życiu to „Co mnie nie zabije, to mnie wzmocni” i „Dzień bez uśmiechu, jest dniem straconym”.

D.Z. – Radek, bardzo Ci dziękuję za tę rozmowę. Jesteś niesamowitą postacią, z której wielu z nas może brać przykład. Życzę Ci tego, byś spełniał swoje marzenia, nigdy się nie poddawał, zdobywał medale na największych imprezach na świecie i był inspiracją dla wielu ludzi, bo dzięki takim osobom, jak Ty, świat jest dużo lepszy!

Wywiad przeprowadził autor bloga „Nastawienie jest wszystkim”, pasjonat samorozwoju, facet, który nigdy się nie poddaje bez względu na to, jak jest trudno.

Z serii motywacyjnych inspiracji – Wywiad z … Marią Juroszek

Dziś postanowiłem napisać kolejny artykuł z serii motywacyjnych historii. Będzie to artykuł o niesamowicie ciepłej osobie, która pomimo przeszkód w życiu dzielnie znosi swoje niepowodzenia i nie poddaje się pomimo życiowych trudności. Kim jest dzisiejszy bohater mojego bloga? Jest nim zawodniczka armwrestlingu, członkini Kadry i multimedalistka Mistrzostw Polski, Europy i Świata. Artykuł jest formą wywiadu i rozmową między mną a naszym bohaterem.

Na pierwszy ogień poszła Maria Juroszek. Wierzę, że inni zawodnicy także odważą się i z chęcią podzielą się swoją historią, bo każda taka historia jest ogromną inspiracją dla wielu z nas.

 

D.Z. – Cześć Maria. Powiedz nam proszę skąd pochodzisz i gdzie się urodziłaś?

M.J. – Cześć Damian. Pochodzę z Cieszyna , a urodziłam się w Skoczowie.

D.Z. – Od kiedy jesteś osobą niepełnosprawną i co to za rodzaj niepełnosprawności?

M.J. – Osobą niepełnosprawną jestem od 2008 roku i jest to niedowład lewostronny.

D.Z. – Jak doszło do tego, że jesteś osobą niepełnosprawną?

M.J. – Osobą niepełnosprawną stałam się w momencie, gdy w trakcie chemioterapii dostałam udaru niedokrwiennego mózgu.

D.Z. – Od ilu lat trenujesz armwrestling i jak do tego doszło, że zainteresowałaś się tym sportem?

M.J. – Armwrestling trenuję od 6 lat i gdy w Ustroniu na swoich pierwszych zawodach zdobyłam medal to mnie bardzo zmotywowało. Tak zaczęła się moja przygoda z tym sportem. Zaczęłam szukać zawodów armwrestlingowych, a gdy zostałam Mistrzynią Polski w Debiutach to postanowiłam potraktować to moje nowe zainteresowanie bardzo poważnie.

D.Z. – Czy trenujesz inny sport, a jeśli tak to jaki?

M.J. – Tak, trenują także lekkoatletykę, a dokładnie pchnięcie kulą i rzut dyskiem.

D.Z. – Fantastycznie! A co robisz na co dzień? Gdzie pracujesz? A może jeszcze czegoś się uczysz się?

M.J.  – Jestem obecnie na rencie i zajmuję się domem i rodziną czyli dzieciakami. Uczę się też języka angielskiego.

D.Z. – Jakie masz największe marzenie?

M.J. – Moim największym marzeniem jest…mam ich dużo i pewnie kiedyś o nich opowiem.

D.Z. – Podziel się proszę z naszymi czytelnikami swoim największym sukcesem w Armwrestlingu?

M.J. – Moim największym osiągnięciem było zdobycie złotego medalu na Mistrzostwach Świata w 2016 oraz srebrnego na Światowe Igrzyska IWAS w Soczi.

D.Z. – Co chcesz przekazać innym osobom, które trenują  ten sport?

M.J. – Niech nigdy się nie poddają! Gdy czasami nie wychodzi niech dalej wytrwale trenują i wyciągają wnioski na przyszłość.

D.Z – Co wg Ciebie należy zrobić by osiągnąć w życiu sukces?

M.J. – Moim zdaniem by osiągnąć w życiu sukces należy być zdyscyplinowanym, systematycznie i wytrwale trenować.

D.Z. – Jakie miałaś najbardziej przełomowe momenty w swoim życiu?

M.J. – Najbardziej przełomowymi momentami w moim życiu było założenie rodziny i kariera zawodowa, a później też kariera sportowa.

D.Z. – Kim są dla Ciebie Twoi rywale podczas zawodów? Jak ich traktujesz?

M.J. – Rywale dla mnie to często są moje koleżankami i przyjaciółki i zawsze traktujemy się z dużym szacunkiem.

D.Z. – Jak reagujesz na porażki, bo przecież nie zawsze wygrywasz?

M.J. – Gdy ponoszę porażkę to czasami płaczę, złoszczę się, ale też wyciągam wnioski. Bo każda porażka to lekcja jak być lepszą następnym razem.

D.Z. – Czy jest decyzja, której najbardziej żałujesz w swoim życiu?

M.J. – Jest taka. Decyzja ta to wybranie partnera życiowego, ale jak wspomniałam wcześniej, z każdej porażki wyciągam wnioski. Z tej też wyciągnęłam.

D.Z. – Jaką najważniejszą zasadą kierujesz się w życiu?

M.J. – Najważniejsza zasada, którą kieruję się w życiu to być dobrym i sprawiedliwym człowiekiem.

D.Z. – Maria, bardzo Ci dziękuję za tę rozmowę. Pokazujesz, że jesteś przykładem dla wielu ludzi na to, że nie można się poddawać bez względu na wszystko. Jesteś przykładem na to, że  w życiu nic nie dzieje się bez przyczyny, bo gdybyś nie zachorowała, to pewnie nie zainteresowałabyś się armwrestlingiem i nie zostałabyś Mistrzynią Świata. Dzięki temu, że się nie poddałaś, inspirujesz wielu ludzi nie tylko w Polsce, ale i na świecie. Życzę Ci jeszcze wielu takich sukcesów, życzę Ci zdrowia i oby uśmiech nigdy nie schodził z Twojej twarzy, bo jak mówi tytuł mojego bloga NASTAWIENIE JEST WSZYSTKIM, a Ty jesteś tego najlepszym przykładem.

Wywiad przeprowadził autor bloga „Nastawienie jest wszystkim”, pasjonat samorozwoju, facet, który nigdy się nie poddaje bez względu na to jak jest trudno.

Studnia życzeń, czyli bajka o celach, prawie przyciągania i afirmacjach

Studnia życzeń, czyli bajka o celach, prawie przyciągania i afirmacjach

Dziś trochę inaczej o ustalaniu celów, prawie przyciągania i afirmacjach. Wszystko to działa, jeśli w to uwierzysz i zaczniesz stosować. Ja potrzebowałem chwilę, aby to zrozumieć, a kiedy zacząłem stosować to, co przeczytałem, zaczęły dziać się „cuda”. Cuda związane z moją rodziną, moim zawodowym i prywatnym życiem. Cele, które zacząłem zapisywać i czytać codziennie zaczęły się materializować. Oczywiście nie wszystkie od razu, bo uważam, że do niektórych celów trzeba dojrzeć. Wierzę jednak, że spisując cele i czytając je codziennie, zrealizuje ich więcej niż ludzie, którzy tego nie robią. Dlatego postanowiłem dzisiaj wstawić bajkę, którą znalazłem w internecie, a której przekaz zrozumie każdy, ale jak to w życiu bywa, nie każdy będzie stosował to co przeczyta. Wg Briana Tracy tylko kilka % ludzi na świecie zapisuje swoje cele. Większość tego nie robi. Zadajmy więc sobie pytanie, czy chcemy być tak jak większość ludzi? Jeśli tak, to efekty będziemy mieli takie, jak ma większość ludzi. Decyzje zostawiam Wam, moim czytelnikom.

STUDNIA ŻYCZEŃ
— Co było w szkole? — mama kaczka w ten sposób zwracała się do Zuzi niemal każdego dnia po powrocie z pracy.
— Nic szczególnego. No po za tym całym planowaniem.
— Planowaniem? — mama nagle zainteresowała się tematem.
Zaprzestała krzątaniny po kuchni i usiadła obok córki.                                                    — Opowiesz mi o tym?
— Pani mówiła nam, że w życiu bardzo ważne jest planowanie różnych czynności. A poza tym, powiedziała coś, czego do końca nie rozumiem.
— Tak, a co to takiego?
— Pani powiedziała, że najważniejszą rzeczą w życiu jest to, aby stawiać sobie cele.  — Tu Zuzia zrobiła przerwę i spoglądając na mamę, wykrzywiła swój żółty dziobek w grymasie niezadowolenia.                                                                                                — Wiesz, mamo, ja nic z tego nie rozumiem.
— To nic, skarbie. Jeśli chcesz, to spróbuję ci to wytłumaczyć po swojemu. Co ty na to?
— Wspaniale, mamo! — wykrzyknęła zadowolona Zuzia.
— No dobrze, ale najpierw powiedz mi dokładnie, co na ten temat mówiła pani nauczycielka.
— Pani powiedziała, że cele to tak jakby marzenia, tylko że zapisane na kartce papieru. Powiedziała również, że zapisanie celu jest jedną z najważniejszych czynności, jakie należy zrobić, aby zrealizować własne marzenia. Ale ja nie jestem w stanie pojąć, jakie znaczenie ma to, że zapiszę swój cel. Przecież równie dobrze mogę je wypowiedzieć, a potem zapamiętać, tak aby pozostało w mojej głowie. To nawet prostsze, no nie?
— To, co mówiła wam nauczycielka, jest naprawdę ważne i w całości się z nią zgadzam. Spróbuję ci to wyjaśnić, w prosty sposób.                                                    Mama chwilę pomyślała, a potem zaczęła tymi słowami:
— Pamiętasz bajkę o zaczarowanej studni życzeń?
Zuzia kiwnęła głową.
— W tamtej bajce małe kaczuszki odnalazły magiczną studnię. Kiedy podchodziły i wrzucały monetę, mogły wypowiedzieć swoje pragnienia, a studnia je spełniała. Jeśli sobie dobrze przypomnisz, aby znaleźć tę studnię, małe kaczuszki przemierzyły niemal cały świat wzdłuż i wszerz, a w dodatku, aby do niej dotrzeć, kierowały się specjalną mapą i wskazówkami wielkiego czarodzieja. Tak naprawdę była to tylko bajka. Nie istnieje żadna studnia życzeń znajdująca się na krańcu świata. Nie ma także żadnej mapy, która by do niej prowadziła. Nie znajdziesz również czarodzieja, który by wskazał
ci do niej drogę.                                                                                                               Na twarzy małej kaczuszki nagle pojawił się smutek. Prawdopodobnie Zuzia wierzyła w istnienie takiej magicznej studni spełniającej życzenia. Tymczasem mama powiedziała
właśnie, że była to tylko opowiastka dla dzieci. Mama oczywiście dostrzegła zawiedzioną minkę córeczki, więc podjęła opowieść:
— Prawda, kochanie, jest taka, że takie magiczne studnie istnieją. Ale wcale nie na samym końcu świata. One znajdują się w każdym z nas. Każdy ma swoją magiczną studnię życzeń, która spełnia tylko jego życzenia. Nie trzeba mieć żadnej mapy, ani nie potrzeba pomocy czarodzieja. Nie potrzeba długotrwałej wędrówki, aby ją znaleźć. Wystarczy jedynie poprosić, a ona spełni każde twoje życzenie. W dodatku nie musisz do niej niczego wrzucać. Nie potrzebujesz żadnych monet. Spełnianie marzeń jest całkowicie darmowe.
— Mamo, czy to, co mówisz, to prawda?! — Zuzia słuchała mamy jak zaczarowana.
— Oczywiście że to prawda — mama pogładziła kaczusię po skrzydełkach i po główce. — Każdy ją ma, ale nie wszyscy zdają sobie sprawę z jej istnienia. Niektórzy przeżywają całe swoje życie, nie wiedząc, że ją mają. Takie zwierzęta są zazwyczaj
bardzo nieszczęśliwe.
— Czy to znaczy, że wystarczy, iż wypowiem życzenie i moja studnia je spełni? — dopytywała Zuzia.
— W sumie to tak — podjęła dalsze wyjaśnienia mama.
— Już samo wypowiedzenie życzenia sprawia, że studnia zaczyna jego realizację. Jednak jej prawdziwa potęga zostaje uruchomiona dopiero wtedy, gdy zawrzesz z nią umowę. A taka umowa jest ważna dopiero wtedy, gdy zostanie zapisana na kartce papieru. Kiedy sformułowane życzenie zostanie zapisane, nic na świecie nie jest w stanie przeszkodzić twojej studni życzeń, aby je zrealizowała.
— Aha, to po to jest to całe zapisywanie celów! — wykrzyknęła nagle Zuzia. — Teraz zaczynam to wszystko rozumieć. Tylko że nasza pani mówiła jeszcze o jakichś zasadach „jak formułować nasze cele”. Ale ja niewiele z tego zapamiętałam. Czy ty mamo wiesz coś na ten temat?
— Oczywiście kochanie. Każdy, kto chce realizować swoje cele, musi znać te zasady. Mama spojrzała znacząco na swoją córkę.                                                                     — Te zasady nie są trudne, ale większość zwierząt nie ma o nich pojęcia lub o nich zapomina. Wtedy formułują życzenia w sposób niewłaściwy i zamiast spełnionych
marzeń dostają nędzne ochłapy lub wręcz porażki.
— Ale dlaczego studnia życzeń robi im takie psikusy? — Zuzia była zaskoczona. — To nieładnie z jej strony.
— To nie jest złośliwość studni ani jej chęć zrobienia psikusa. Ona zawsze spełnia dosłownie to, o co ją prosisz. Jeśli zapiszesz nieodpowiednie życzenie, to właśnie takie zostanie spełnione — nieodpowiednie.
— Czy wyjaśnisz mi mamo te zasady i podasz odpowiednie przykłady? Może wtedy lepiej to zrozumiem i zapamiętam.
— Oczywiście, córeczko. To bardzo dobry pomysł. Weź kartkę papieru i ołówek. Podyktuję Ci te zasady, a Ty zapiszesz je sobie i zachowasz na zawsze, aby nigdy
o nich nie zapomnieć.
Kaczuszka wybiegła z kuchni.
Chwilkę potem rozsiadła się ponownie przy kuchennym stole, uzbrojona w ołówek i czystą kartkę papieru.
— Możemy zaczynać?
Zuzia kiwnęła łebkiem i zakwakała z uśmiechem na dziobie.
— Jestem gotowa.
— Po pierwsze twój cel powinien być dokładny, tak aby studnia życzeń nie musiała zgadywać, co tak naprawdę miałaś na myśli. Jeśli na przykład napiszesz „chcę być bogata”, studnia nie będzie wiedziała, czego tak naprawdę oczekujesz. Dla jednych bycie bogatym to posiadanie własnej chatki w lesie, a dla kogoś innego cała skrzynia klejnotów nie oznacza bogactwa. Musisz być więc konkretna.
— A jeśli napiszę, że „Chciałabym mieć dwadzieścia złotych monet”, czy to będzie dobrym życzeniem.
— Tak, to jest właśnie konkretne postawienie celu. Drugą ważną cechą zapisywanych celów jest ich ścisłe określenie w czasie. Należy określić dokładnie, kiedy spodziewasz się dany cel zrealizować. Na przykład: „Za rok, to jest 20 maja 2019 roku, będę posiadała dwadzieścia złotych monet”. Z tak zapisanym życzeniem twoja studnia poradzi sobie bez trudu.
Zuzia skrupulatnie notowała każde wypowiadane przez mamę słowo. Starała się pisać jak najstaranniej, aby nie mieć problemów z późniejszym odczytaniem tych zasad. W końcu postawiła kropkę na końcu zdania, odwróciła głowę w stronę mamy i zapytała:
— Czy to już wszystko?
— Te dwie zasady są najistotniejsze, jednak nie są wystarczające. Zapisując swoje życzenie, należy być ostrożnym, aby nie wpaść w pułapkę. Otóż nasze studnie życzeń mają swoje ograniczenia. Na przykład nie istnieje dla nich słowo „NIE”. Za każdym razem, gdy spisując swój cel, ktoś użyje słowo „NIE”, jego studnia życzeń pomija je i przez to całkowicie zmienia sens życzenia. Kiedy zapiszesz „nie będę robiła tego lub tamtego”, twoja studnia życzeń przeczyta jedynie „będę robiła to lub tamto”. W ten sposób spełnione zostaje życzenie odwrotne do zamierzonego. Tak wiele zwierząt prosi swoje studnie życzeń o to, aby nie były głodne lub aby nie były chore. A w efekcie dostają od swoich studni głód i choroby.
— Nie zdawałam sobie sprawy z tego, jak ważne jest odpowiednie formułowanie swoich celów. Czy słowo „NIE” to jedyna pułapka, czy też jest ich więcej?
— Są jeszcze inne, choć odrobinę mniej groźne. Innymi pułapkami są słowa „chciałabym”, „chcę”, a także „pragnę”. Studnia życzeń traktuje je dosłownie i sprawia, że nadal chcesz czy też nadal pragniesz.
— A więc zamiast „chcę mieć dwadzieścia złotych monet”, powinnam napisać „mam dwadzieścia złotych monet”, czy tak?
— Tak, córeczko. Jesteś bardzo pojętna, znacznie bardziej, niż ja byłam w twoim wieku. Szybko się uczysz.
— A co powinnam zrobić potem? — Zuzia okazała się bardzo dociekliwą słuchaczką.
— Jak to potem?
— No, jak już napiszę na kartce papieru swoje życzenie, ten swój cel, to co mam zrobić z tą kartką? Czy mam ją wrzucić do studni?
— Oczywiście że nie. Studnia, o której mówię, znajduje się wewnątrz każdego z nas i nie da się jej odnaleźć w sensie fizycznym. To znaczy, że nie da się jej zobaczyć i dotknąć. Ale można ją sobie wyobrazić. Można w tym wyobrażeniu wrzucić zapisane życzenie głęboko do jej wnętrza. Ale tak naprawdę nie jest to konieczne. Wystarczy, że życzenie zostało zapisane, a już podpisałaś kontrakt ze swoją studnią. Dla lepszego efektu warto swoje najważniejsze cele nosić przy sobie. Na przykład w kieszonce pod skrzydełkiem. A dla osiągnięcia piorunujących efektów można to zaklęcie odczytywać
po kilka razy w ciągu dnia. Studnie życzeń uwielbiają słuchać zawartego w kontrakcie życzenia odczytywanego przez ich właściciela. A kiedy go słyszą, wzmagają swoje starania, aby to życzenie spełnić.
— Mamo, a co jeśli ktoś, na przykład malutka kaczuszka lub kurczaczek, nie potrafi jeszcze pisać?
— To bardzo dobre pytanie — pochwaliła mama. — Wtedy wystarczy wziąć kredki lub ołówek i narysować to, o czym się marzy. Studnia życzeń na pewno zrozumie, co jej
właściciel miał na myśli. Taki rysunek jest traktowany jak spisany kontrakt i studnia życzeń na pewno spełni przedstawione na nim życzenie.
— To wspaniale! — Zuzia zarzuciła swoje malutkie skrzydełka na szyję mamy. — Wiesz, mamo, szkoda, że to nie ty jesteś naszą nauczycielką. Gdybyś to ty tłumaczyła nam lekcję na temat stawiania celów, na pewno więcej dzieci by ją zrozumiało i nauczyło się, jak ważna jest ta umiejętność.
Zuzia zamyśliła się przez chwilę, a potem zwróciła do mamy:
— A czy mogę opowiedzieć o studni życzeń gąsce Tosi? Ona jest moją najlepszą przyjaciółką, a jej rodzice są bardo biedni. Zapewne nie mają pojęcia o tym, jak zapisywać życzenia do ich magicznej studni. Mam nadzieję, że ta opowieść odmieni ich życie.
— Ja też mam taką nadzieję — mama objęła Zuzię swoim długim skrzydłem. Jeszcze nigdy nie była tak dumna ze swojej córeczki. — To cudownie, że pomyślałaś o swojej koleżance, córeczko. Jesteś wspaniałą kaczuszką.
— Dzięki, mamo. Ty też jesteś wspaniała. — powiedziała Zuzia, odwzajemniając uścisk.
Chwilę potem mama zabrała się za gotowanie obiadu. W tym czasie Zuzia nie traciła czasu. Zaraz zabrała się za spisywanie swojego pierwszego oficjalnego kontraktu z magiczną studnią życzeń.
To był początek jej wielkiej przygody zwanej szczęśliwym życiem. Życiem pełnym wspaniałych przygód, zrealizowanych marzeń i niezliczonej liczby spełnionych życzeń.

Być ojcem niepełnosprawnego dziecka

Może powinienem napisać, jak to jest być rodzicem czy matką, ale w tej sytuacji piszę, jak to jest być ojcem niepełnosprawnego dziecka. Wiele osób zna naszą historię i nie będę jej teraz powtarzał, ale gdyby jednak ktoś miał ochotę ją poznać lub odświeżyć zapraszam do wcześniejszych wpisów. Dziś chcę napisać właśnie o tym, jak to jest być ojcem. Bo to wcale nie jest łatwe i pewnie większość z nas zna przypadki, w których ojciec po prostu stchórzył i odchodził, a cała opieka zostawała w rękach matki. I nikogo nie chcę tu piętnować, ale powiem, że jest to cholernie trudne zadanie, bo na każdym kroku zderzasz się z tzw. rzeczywistością. Musisz po drodze pokonywać wiele przeszkód związanych nie tylko z barierami architektonicznymi, finansowymi, ale też z barierami w głowach ludzi. I nie mam  tu absolutnie żadnego żalu do nikogo. Stwierdzam po prostu fakt, a z faktami się nie dyskutuje. One po prostu są. I pomijam ostatnie strajki, bo od samego początku pracujemy wspólnie z żoną na to, by nie być od nikogo zależnym. Oczywiście jest tak, że w jakiejś części jesteśmy zależni od pracodawcy, u którego pracujemy czy klientów, z którymi współpracujemy, ale ostatecznie to my, jako ludzie podejmujemy decyzję, w którą stronę idziemy. I to jest właśnie ta niezależność. Bo ostateczna decyzja zależy tylko od nas.

Już po urodzeniu Dominika zaczęły się wyzwania finansowe, bo jest on rehabilitowany praktycznie od urodzenia. A rehabilitacja wiążę się z wyjazdami, opieką medyczną, wizytami u specjalistów, zakupem sprzętów, kosztownymi turnusami itd., a zasiłek pielęgnacyjny to zaledwie 153 zł. Taki zasiłek wystarczy na 3 godziny rehabilitacji 🙂 i dlatego postanowiliśmy, że zrobimy wszystko, by nie liczyć na Państwo. I nie liczymy. Korzystamy oczywiście z wpłat 1% i z tego miejsca bardzo dziękuję wszystkim tym, którzy ten 1% przesyłają właśnie na Dominika, bo uzbierana kwota pozwala nam opłacić prywatną rehabilitację syna w ciągu całego roku. Ale to tylko jedno wyzwanie. Kolejnym było dla nas pójście Dominika do szkoły podstawowej. Pierwsza klasa to klasa w Szkole Integracyjnej w Koszalinie. Dla nas niestety z nazwy, dlatego od drugiej klasy Domino chodził już do Szkoły Podstawowej w Starych Bielicach. I pojawiły się kolejne wyzwania. Opór nauczycieli, którzy bali się przyjąć Dominika. Bo jak sobie poradzi w szkole, jak sobie poradzi wchodząc czy schodząc ze schodów, jak sobie poradzi w toalecie itp. obawy. Poradził sobie. My mieliśmy obawy, jak nasz syn zostanie zaakceptowany przez kolegów i koleżanki z klasy. Klasę Domino miał fantastyczną, a dzieciaki z tej klasy zasługują na brawa. Choć nie zawsze było kolorowo, ale gdzie jest? Myślę, że ten okres szkoły był lekcją pokory i nauki dla obu stron. I obie strony wyszły z tego zwycięsko. Już wtedy Dominik zaczął swoją przygodę z armwrestlingiem. I wtedy to właśnie po 3 latach treningu zorganizowałem zawody w siłowaniu na rękę podczas szkolnego pikniku. I mój Tygrys w swojej klasie zajął miejsce 1, a w szkole z kategorii open był 3. I zyskał szacunek, bo jego rówieśnicy zobaczyli, że pomimo swoich ułomności ten ich kolega ma naprawdę silną rękę. Mój cel został osiągnięty. Mam wrażenie, że i nauczyciele zaczęli wtedy patrzeć na Dominika bardziej przychylnie. A miesiąc temu po dwóch latach od ukończenia szkoły, ten sam niepełnosprawny chłopiec, którego na początku z obawami przyjmowano do szkoły, teraz był z wizytą na zaproszenie jako najbardziej utytułowany absolwent w jej historii. Historia zatoczyła więc koło, a nasz wspólne spotkanie było niesamowite. Dzieci słuchały historii Dominika z otwartymi buziami, oklaskom nie było końca, a były też pierwsze autografy. A ja miałem łzy w oczach. I takie właśnie wyzwania mamy na co dzień. Obecnie Dominik jest po kolejnej operacji i częściej jeździ na wózku rehabilitacyjnym niż chodzi o kulach. Więc na siłownię muszę Dominika na tym wózku sprowadzać po schodach. I nie narzekamy. Zjeżdżamy. A Domino ma już 16 lat i ostatnio zauważyłem lekki meszek w miejscu, gdzie są wąsy 😉 Jak ten czas leci… I od 16 lat trwa usprawnianie Dominika tak fizycznie jak i psychicznie. I pewnie tak już będzie do końca życia. Moja mama wmówiła mi kiedyś, że mam dużo szczęścia w życiu, bo włosy rosną mi z dwóch miejsc na głowie 🙂 A ja w to uwierzyłem i zawsze spadam na cztery łapy. Dominik też tak ma. A tak przy okazji, imię Dominik w wolnym tłumaczeniu to „należący do Boga”. I w pełni się w z tym zgadzam. Zauważyłem już to, gdy Dominik mając niecałe 24 godziny życia, został ochrzczony. I wtedy zdarzył się cud, bo zaczęło mu się od razu poprawiać.

Po tych 16 latach wiem jedno. To szczęście, że Dominik trafił do nas, ale to też ogromne szczęście, że my trafiliśmy na Dominika. Tak miało być. Ktoś kiedyś powiedział, że w większości przypadków dzieci niepełnosprawne trafiają do dobrych ludzi. Wierzę, że tak jest i wiem, że gdyby nie Dominik, to nie byłbym w miejscu, w którym jestem obecnie. Nie bylibyśmy wspólnie z moją żoną Sylwią w miejscu, w którym jesteśmy obecnie. I wiem, że to jeszcze nie jest nasze ostatnie słowo, bo ja osobiście mam ogromne marzenia. Marzenia związane także bezpośrednio z moim synem. Czasem ludzie pytają się skąd u mnie w obecnej sytuacji to pozytywne nastawienie. Nie może być inaczej. Bez tego nastawienia nie byłoby sukcesów Dominika, naszych sukcesów, nie byłoby bloga i nie byłoby chęci bycia lepszym sobą każdego dnia. Miodem na moje serce są komentarze ludzi, którzy mówią, że jak gdzieś się pojawiam to przynoszę uśmiech i wywołuję uśmiech na twarzach innych. I wtedy wiem, że to co robię jest słuszne i ma sens. I tym optymizmem chcę zarażać innych. I ten optymizm pcha mnie cały czas do działania.

Kończąc, bo mógłbym tak pisać bez końca, powiem, że choć cholernie trudne jest być ojcem dziecka niepełnosprawnego, to nie zamieniłbym mojego życia na żadne inne, bo jest ono cudowne. Ale gdyby ktoś mi w przyszłości dał gwarancję, że oddając wszystkie dobra materialne, które mam, Dominik wyzdrowieje, to zrobię to bez mrugnięcia okiem.