Nie zarabiamy na życie, lecz zapracowujemy się na śmierć.

Dla wielu osób, od tych, które kochają swoją pracę, do tych, które ledwie tolerują wykonywany przez siebie zawód, żaden realny wybór między ich pieniędzmi a ich życiem zdaje się nie istnieć. To, co robią, żeby zarabiać pieniądze, zdominowało ich egzystencję od rana do wieczora, życie zaś jest dla nich tylko tym, co zdarza się w krótkich okresach między pracą.

Przyjrzymy się przeciętnemu pracownikowi mieszkającemu w dużym przemysłowym mieście. Budzik dzwoni o godzinie 6.45, po czym nasz człowiek pracy (mężczyzna lub kobieta) wstaje z łóżka i zaczyna nowy dzień. Sprawdza telefon. Bierze prysznic. Ubiera się w zawodowy uniform — w przypadku jednych będzie to garnitur, w przypadku innych kombinezon roboczy, biały kitel w przypadku lekarzy, jeansy i T-shirt w przypadku robotników budowlanych. Potem śniadanie, jeśli oczywiście starczy czasu. Zabierając ze sobą z domu kubek termiczny z gorącą kawą i aktówkę (albo pojemnik z drugim śniadaniem), wskakuje do samochodu, po czym rozpoczyna swoją codzienną podróż przez mękę zwaną drogą do pracy w porannych godzinach szczytu. Albo też wsiada do autobusu lub pociągu, w których niezmiennie o tej porze panuje nieznośny tłok. Pracuje od godziny 8.00 lub 9.00 do 16.00 lub 17.00 (albo dłużej). W tym czasie musi radzić sobie z szefem, który go do siebie wzywa, ze współpracownikami, którzy nachodzą go w najbardziej nieodpowiednich momentach i działają na nerwy, z dostawcami, kontrahentami, z klientami/pacjentami/interesantami. Coraz więcej nieprzeczytanych e-maili. Nasz pracownik robi wrażenie bardzo zapracowanego i zajętego. Rzuca okiem na wiadomości w mediach społecznościowych. Stara się kamuflować swoje błędy. Z uśmiechem na ustach przyjmuje informację o konieczności w niemożliwie krótkim terminie. Wzdycha z wyraźną ulgą na wieść o tym, że topór zwany „restrukturyzacją” i „obniżaniem kosztów” (ang. downsizing) — a także „redukcją personelu”, czyli po prostu zwolnieniem z pracy — spada dziś na głowę kogoś innego. Bierze na swoje barki dodatkowe obciążenia i obowiązki. Spogląda na zegar. Toczy spory ze swoim sumieniem, ale zawsze zgadza się ze swoim szefem. Znów się uśmiecha. Czwarta lub piąta po południu. Z powrotem do samochodu, autobusu albo pociągu i podróż w drugą stronę w wieczornych godzinach szczytu. Wreszcie w domu. Trzeba być miłym i wyrozumiałym dla partnera, dzieci czy współlokatora. Przygotowywanie wieczornego posiłku. Oczywiście nie można zapomnieć zamieścić zdjęcia kolacji w internecie. Po kolacji kolejny odcinek ulubionego programu w telewizji. Wysyłanie odpowiedzi na ostatni e-mail. Do łóżka. Osiem godzin błogosławionego niebytu i zapomnienia — jeśli oczywiście mamy szczęście dobrze sypiać, bo w większości przypadków śpimy krócej.

I to właśnie nazywa się zarabianiem na życie? Zastanów się nad tym. Ile znasz osób, które są bardziej pełne życia pod koniec swojego dnia pracy niż na początku? Czy po „zarabianiu na życie” wracamy do domu bardziej pełni życia? Czy stając w drzwiach domu po powrocie z pracy jesteśmy gotowi na spędzanie wspaniałego wieczoru z rodziną i przyjaciółmi? Gdzież jest całe to życie, które mamy jakoby „stwarzać” w pracy? Czy dla wielu z nas nie jest to raczej stwarzaniem warunków do umierania za życia, zapracowywaniem się na śmierć? Czy przypadkiem zamiast żyć pełnią życia nie zabijamy się, żyjąc w ten sposób? Niszcząc zdrowie, związki, pozbawiając się tego, co daje nam prawdziwą radość — dla pracy? Składamy nasze życie w ofierze za pieniądze i dla pieniędzy. A odbywa się to tak powoli, że prawie tego nie zauważmy. Siwizna na skroniach i coraz bardziej wydatny brzuch wraz z wątpliwymi oznakami postępu, takimi jak przestronny gabinet, służbowy samochód czy „stały” etat, stanowią jedyne oznaki upływającego czasu. W końcu, kiedy uda nam się już zdobyć wszystko to, co absolutnie konieczne i niezbędne,zaspokoić wszystkie materialne potrzeby, a nawet zapewnić sobie taki komfort i luksus, jakiego zawsze pragnęliśmy, inercja i rutyna sprawią, że nadal będziemy tkwić w pułapce pracy od godziny 9.00 do 17.00. W końcu, gdybyśmy nie pracowali, to co robilibyśmy z naszym czasem? Nasze marzenia o znalezieniu sensu, znaczenia i osobistego spełnienia poprzez wykonywany zawód, poprzez pracę, zblakły w obliczu realiów polityki zawodowej, wypalenia, nudy i nieustannej ostrej rywalizacji. To poczucie zadziwienia światem, jakie mieliśmy jako dzieci, to poczucie misji, jakie nie opuszczało nas na studiach, ten czas, kiedy to przepełniająca nasze serca miłość pozwalała nam odczuwać jedność ze wszystkimi żyjącymi stworzeniami, dużymi i małymi — wszystko to, dziś prawie całkowicie zapomniane, bywa zbywane przez nas lekceważącym zwrotem: „Byliśmy wtedy tacy młodzi!”

Nawet ci z nas, którzy lubią swoją pracę i czują, że wnoszą wkład w rozwój świata, mają poczucie, że gdzieś tam istnieje większa i wspanialsza scena, na której mogliby występować, miejsce, które znajduje się poza ciasnym światem pracy od godziny 9.00 do 17.00. Spełnienie związane z wykonywaniem pracy, którą kochamy i którą wykonujemy bez żadnych ograniczeń i żadnej zewnętrznej presji, bez lęku o to, że zostaniemy zwolnieni i zasilimy szeregi bezrobotnych. IIe razy myśleliśmy albo mówiliśmy do siebie: „Gdybym tylko mógł, zrobiłbym to w taki sposób, jednak członkowie zarządu chcą, żeby to zostało zrobione dokładnie tak, jak oni to postanowili Do jakiego stopnia zostaliśmy zmuszeni do zrezygnowania z naszych marzeń, żeby tylko móc się utrzymać i nie stracić pracy?

Zignoruj krytyków

Polecany

W momencie, gdy zaczynasz podróż w kierunku lepszego życia, bądź przygotowany na wszelkiego rodzaju krytykę. Gdy sięgniemy pamięcią do historii, odkryjemy, iż wybitne jednostki zawsze były narażone na śmiech , drwiny i niezrozumienie.

Elbert Hubbard powiedział kiedyś – „Aby uniknąć krytyki, bądź nikim, nic nie rób i nic nie mów”.

Jak więc mamy się nauczyć radzić sobie z krytycyzmem? Wszyscy chcemy, by nas rozumiano i akceptowano, jak więc mamy pokierować naszym myśleniem tak, by przyjąć krytykę nie poddając się jej jednocześnie? Po pierwsze, zacznij od przekonania samego siebie. Innymi słowy, zainwestuj we wzmocnienie swojej wiary. Zapytaj samego siebie: „Czy jestem zaprzedany mojemu marzeniu, mojej sprawie i mojemu celowi? Czy głęboko wierzę, że to, co robię, jest dobre i słuszne?”. Wiara nie jest dziełem przypadku. Wiara należy do tych rzeczy, które albo masz, albo nie. Jeśli wierzysz w to, co robisz, to tylko to się naprawdę liczy. Krytycy mogą mówić co chcą, ale w ostatecznym rozrachunku to ty masz swoje życie do przeżycia, nie oni. Więc zrób wszystko, by żyć według tego, w co wierzysz.

W jednej z książek przeczytałem taką oto historię, która pewnie wielu z nas jest znana. Oto często spotykany scenariusz drogi do sukcesu:

Joe Przeciętniak jest zwyczajnym facetem, którego zainspirował jego mentor, Scott zwycięzca, by zdecydował się podążać za swoimi marzeniami. Śmiało więc wkracza na ścieżkę prowadzącą ku Świetlanej przyszłości i spotyka na mej swojego dobrego znajomego, Larry’ego Prześmiewcę, który pyta go, dokąd idzie. Kiedy Joe Przeciętniak wyjaśnia, że właśnie zmierza w kierunku świetlanej przyszłości, Larry Prześmiewca wybucha głośnym rechotem i mówi: „A to niezłe, Joe! Żartujesz sobie ze mnie, co? Myślisz, że poradzisz sobie na tej ścieżce? Tak ci powiedział ten twój kumpel, Scott? Daj spokój Joe. Spójrz na siebie! Jesteś przeciętny i zawsze taki byłeś”.

Trochę rozczarowany komentarzem swojego znajomego, Joe Przeciętniak decyduje się nie przywiązywać wagi do tych stów i iść dalej ścieżką. Po chwili natyka się na swojego szwagra, Craiga Krytykanta. Zapytany, dokąd dokładnie idzie, Joe odpowiada, że zmierza ku swojej świetlanej przyszłości. Craig Krytykant unosi brew i mówi: „Przecież ty nigdy niczego w życiu nie osiągnąłeś! Co spowodowało, iż uwierzyłeś, że poradzisz sobie na tej ścieżce? Czy masz jakiś dowód albo gwarancję, że ci się uda? A jak tam ten twój kumpel, Scott Zwycięzca? Kim on naprawdę jest? Co ty tak naprawdę o nim wiesz? Skąd wiesz, że on cię nie okłamuje? A tak na marginesie, to ja sam kiedyś sprawdziłem tę ścieżkę i mogę ci powiedzieć, że prowadzi donikąd. Ale jeśli uważasz, że jesteś ode mnie mądrzejszy, to nie krępuj się, idź dalej i marnuj swój czas”.

Po skończeniu rozmowy z Craigiem Krytykantem, Joe Przeciętniak zaczyna się zastanawiać, czy rzeczywiście dobrze robi, słuchając Scotta Zwycięzcy. Tak naprawdę, to przecież zna go od niedawna. I co z tą ścieżką? Co, jeśli Craig Krytykant ma rację i nie prowadzi ona ku świetlanej przyszłości? Joe Przeciętniak zaczyna odczuwać lekkie mdłości. Ale zastanawia się jeszcze przez chwilę nad wszystkim i dochodzi do wniosku, że skoro przeszedł już taki szmat drogi, to równie dobrze może pójść jeszcze kawałek dalej. Kto wie? Może jego świetlana przyszłość czeka tuż za zakrętem i głupio by zrobił, gdyby teraz zawrócił.

Idąc tak dalej, Joe Przeciętniak zaczyna znowu czuć się trochę lepiej i tłumaczy sobie, iż prawdopodobnie Craig Krytykant nie miał złych intencji, tylko po prostu tak jak zwykle chciał skrytykować i tyle. Joe jest tak zatopiony we własnych myślach, że prawie nie zauważa swojego ojca, Hala Pracusia, który stoi na środku ścieżki ze skrzyżowanymi na piersiach ramionami. Joe, całkowicie zaskoczony mówi: „Cześć, tato, ja… „, ale zanim zdoła skończyć zdanie, ojciec przerywa mu: „Tak, wiem, słyszałem już o tym twoim idiotycznym pomyśle szukania świetlanej przyszłości. Posłuchał mnie uważnie. Nie wiem, co w ciebie wstąpiło, ale masz dobrą pracę w dobrej firmie, która dobrze ci płaci, a do tego rodzinę na utrzymaniu. Zaufaj mi, nic w tym życiu nie przychodzi łatwo. Musisz ciężko pracować i zarabiać na utrzymanie tak jak my wszyscy. Twoje matka martwi się o ciebie, a reszta rodziny sądzi, iż postradałeś zmysły. Pora zawrócić z tej głupiej ścieżki i wracać do domu. Ogarnij się proszę”.

Po rozmowie z ojcem, Joe Przeciętniak myśli bardzo długo, analizując jej treść. Wyobraża sobie, co mówią o nim rodzina i przyjaciele, i zaczyna odczuwać zniechęcenie. Dociera do niego, że chyba rzeczywiście stracił rozum, sądząc, iż kiedykolwiek uda mu się dotrzeć do świetlanej przyszłości. Przecież jest nikim innym, jak tylko Joe Przeciętniakiem. Scott Zwycięzca pewnie po prostu miał szczęście. Pewnie jego ścieżka był krótka i łatwa, a poza tym pewnie przyszedł na świat predestynowany do odniesienia sukcesu. A poza tym, to przecież jego obecne życie nie jest aż tak złe, prawda? Przecież zarabia więcej niż Lany Prześmiewca, jego rodzina ma jedzenie na stole i dach nad głową. Cóż go napadło, że zdecydował się odmienić całe swoje życie z powodu jakiegoś głupiego pomysłu?

Tak więc Joe Przeciętniak zawraca i zmierza w stronę domu. Nigdy się nie dowie, co mogłoby się zdarzyć, gdyby zdecydował się iść dalej. I chociaż na różne sposoby próbuje sobie uzasadniać tę decyzję, to nie udaje mu się pozbyć tego dziwnego uczucia niepokoju w sercu. I ciągle się zastanawia, jak mogłaby wyglądać jego świetlana przyszłość.

A co by się stało, gdybyśmy zmienili finał tej historii? Może mogłaby ona kończyć się tak:

W drodze powrotnej do domu, Joe Przeciętniak dochodzi do wniosku, iż powinien przynajmniej wstąpić do Scotta i poinformować go o swojej decyzji. Koniec końców, to przecież Scott Zwycięzca naprawdę próbował mu pomóc. Scott bardzo cieszy się z wizyty Joe’go i zaprasza go, by wszedł na kawę. Słucha uważnie wszystkich wyjaśnień i potem mówi do Joe’go: „Twoja decyzja o powrocie do domu jest dla mnie całkowicie uzasadniona. W pełni rozumiem również, dlaczego Lany Prześmiewca, Craig Krytykant i Hal Pracuś zachowali się w taki sposób, jak się zachowali. To, co najważniejsze, Joe, to żebyś postąpił tak, jak będzie dla ciebie najlepiej. A tak na marginesie, czy opowiadałem ci kiedykolwiek, co mnie się przydarzyło, gdy wkroczyłem na ścieżkę ku świetlanej przyszłości?”. Scott Zwycięzca relacjonuje swoją podróż, wspominając o wszystkich osobach, na które się po drodze natknął — opowiada o swoim dobrym znajomym, Neilu Pesymiście, swoim kuzynie, Stanie Grubej Rybie, i swoim ojcu, Stalowym Sierżancie. „Zdałem sobie sprawę, Joe, że czasem ludzie są zbyt zajęci zagłuszaniem pukającej do ich drzwi szansy, by dosłyszeć jej pukanie. Myślałem, że wszyscy dostrzegą to, co ja zobaczyłem. A kiedy tak się nie stało, poczułem wielkie zniechęcenie i tym, czego nade wszystko pragnąłem, było zawrócić do domu. Wierz mi, nieraz miałem na to ochotę. Ale dzięki karteczce, którą dla siebie napisałem i zawsze miałem przy sobie, wytrwałem i w końcu dotarłem do mojej świetlanej przyszłości”.

Zaciekawiony Joe Przeciętniak pyta Scotta Zwycięzcę o tę tajemniczą karteczkę. „Napisałem ją sobie po to, by mi przypominała, co jest dla mnie ważne i dlaczego robię to co robię. Czytałem ją sobie za każdym razem, gdy do głosu dochodziło zniechęcenie lub wątpliwości, a było to tak często, że w końcu nauczyłem się tego tekstu na pamięć i stał się on częścią mnie samego. Tak długo wmawiałem sobie kim nie jestem, aż nim się stałem. Jakoś tak to było, że przeczytawszy to, co sam napisałem, nie mogłem się zdobyć, by zdradzić samego siebie i zawrócić. Może i ty mógłbyś napisać podobną kartkę dla siebie, po to, żebyś zawsze pamiętał, co jest dla ciebie ważne i po co wyruszyłeś w tę podróż ku świetlanej przyszłości”. Joe Przeciętniak myśli nad tym wszystkim, co mu powiedział Scott Zwycięzca. Jest zaskoczony, że droga Scotta wcale nie była ani krótka i ani łatwa i że zmagał się z wątpliwościami i napotykał krytyków tak samo jak on. Po chwili Joe Przeciętniak dziękuje Scottowi Zwycięzcy za czas, który ten mu poświęcił, i wstaje, by wyjść. Kiedy już stoi w drzwiach, Scott Zwycięzca mówi: „Joe, wierzę w twoje marzenie i jestem pewien, że możesz dokonać w swoim życiu czegoś wspaniałego. Gdybyś potrzebował pogadać, wystarczy, że podniesiesz słuchawkę — będę po drugiej stronie”. Joe Przeciętniak wychodzi, zaskoczony tym, jak dobrze na jego samopoczucie wpływa każda rozmowa ze Scottem Zwycięzcą. Po kilku krokach siada, wyjmuje z kieszeni kawałek kartki i zaczyna zapisywać to, co już od dawna nosi w sercu. Kiedy kończy, składa równiutko kartkę, chowa ją do kieszeni i bez chwili wahania zawraca na ścieżkę prowadzącą ku świetlanej przyszłości.

Podobnie jak w wypadku Joe Przeciętniaka, krytyka i wątpliwości, z którymi przyjdzie nam się zmierzyć, będą prawdziwe i bardzo zniechęcające.

I czasem cała nasza przyszłość wisi na włosku, kiedy decydujemy, kogo będziemy słuchać.

Zrozum, nie wszystkie opinie są równie wartościowe.

Jeśli rozmawiamy o golfie, to opinia Tigera Woodsa będzie się liczyć bardziej niż zdanie twojego sąsiada.

Jeśli mówimy o koszykówce, to zdanie Michaela Jordana jest warte o wiele więcej niż to, co mówi twój znajomy z pracy.

A skoro rozmawiamy o twojej świetlanej przyszłości, to zdanie kogoś, kto już zrealizował swoje marzenia, powinno liczyć się bardziej niż opinia kogoś, kto jeszcze tego nie zrobił.

Wierz w swoje marzenia, nigdy się nie poddawaj i zawsze zadawaj sobie pytanie, czy Ci, którzy krytykują Twój pomysł są w miejscu, w którym Ty chcesz być? Jeśli nie to daj sobie spokój z ich „cennymi” uwagami!