Studnia życzeń, czyli bajka o celach, prawie przyciągania i afirmacjach

Studnia życzeń, czyli bajka o celach, prawie przyciągania i afirmacjach

Dziś trochę inaczej o ustalaniu celów, prawie przyciągania i afirmacjach. Wszystko to działa, jeśli w to uwierzysz i zaczniesz stosować. Ja potrzebowałem chwilę, aby to zrozumieć, a kiedy zacząłem stosować to, co przeczytałem, zaczęły dziać się „cuda”. Cuda związane z moją rodziną, moim zawodowym i prywatnym życiem. Cele, które zacząłem zapisywać i czytać codziennie zaczęły się materializować. Oczywiście nie wszystkie od razu, bo uważam, że do niektórych celów trzeba dojrzeć. Wierzę jednak, że spisując cele i czytając je codziennie, zrealizuje ich więcej niż ludzie, którzy tego nie robią. Dlatego postanowiłem dzisiaj wstawić bajkę, którą znalazłem w internecie, a której przekaz zrozumie każdy, ale jak to w życiu bywa, nie każdy będzie stosował to co przeczyta. Wg Briana Tracy tylko kilka % ludzi na świecie zapisuje swoje cele. Większość tego nie robi. Zadajmy więc sobie pytanie, czy chcemy być tak jak większość ludzi? Jeśli tak, to efekty będziemy mieli takie, jak ma większość ludzi. Decyzje zostawiam Wam, moim czytelnikom.

STUDNIA ŻYCZEŃ
— Co było w szkole? — mama kaczka w ten sposób zwracała się do Zuzi niemal każdego dnia po powrocie z pracy.
— Nic szczególnego. No po za tym całym planowaniem.
— Planowaniem? — mama nagle zainteresowała się tematem.
Zaprzestała krzątaniny po kuchni i usiadła obok córki.                                                    — Opowiesz mi o tym?
— Pani mówiła nam, że w życiu bardzo ważne jest planowanie różnych czynności. A poza tym, powiedziała coś, czego do końca nie rozumiem.
— Tak, a co to takiego?
— Pani powiedziała, że najważniejszą rzeczą w życiu jest to, aby stawiać sobie cele.  — Tu Zuzia zrobiła przerwę i spoglądając na mamę, wykrzywiła swój żółty dziobek w grymasie niezadowolenia.                                                                                                — Wiesz, mamo, ja nic z tego nie rozumiem.
— To nic, skarbie. Jeśli chcesz, to spróbuję ci to wytłumaczyć po swojemu. Co ty na to?
— Wspaniale, mamo! — wykrzyknęła zadowolona Zuzia.
— No dobrze, ale najpierw powiedz mi dokładnie, co na ten temat mówiła pani nauczycielka.
— Pani powiedziała, że cele to tak jakby marzenia, tylko że zapisane na kartce papieru. Powiedziała również, że zapisanie celu jest jedną z najważniejszych czynności, jakie należy zrobić, aby zrealizować własne marzenia. Ale ja nie jestem w stanie pojąć, jakie znaczenie ma to, że zapiszę swój cel. Przecież równie dobrze mogę je wypowiedzieć, a potem zapamiętać, tak aby pozostało w mojej głowie. To nawet prostsze, no nie?
— To, co mówiła wam nauczycielka, jest naprawdę ważne i w całości się z nią zgadzam. Spróbuję ci to wyjaśnić, w prosty sposób.                                                    Mama chwilę pomyślała, a potem zaczęła tymi słowami:
— Pamiętasz bajkę o zaczarowanej studni życzeń?
Zuzia kiwnęła głową.
— W tamtej bajce małe kaczuszki odnalazły magiczną studnię. Kiedy podchodziły i wrzucały monetę, mogły wypowiedzieć swoje pragnienia, a studnia je spełniała. Jeśli sobie dobrze przypomnisz, aby znaleźć tę studnię, małe kaczuszki przemierzyły niemal cały świat wzdłuż i wszerz, a w dodatku, aby do niej dotrzeć, kierowały się specjalną mapą i wskazówkami wielkiego czarodzieja. Tak naprawdę była to tylko bajka. Nie istnieje żadna studnia życzeń znajdująca się na krańcu świata. Nie ma także żadnej mapy, która by do niej prowadziła. Nie znajdziesz również czarodzieja, który by wskazał
ci do niej drogę.                                                                                                               Na twarzy małej kaczuszki nagle pojawił się smutek. Prawdopodobnie Zuzia wierzyła w istnienie takiej magicznej studni spełniającej życzenia. Tymczasem mama powiedziała
właśnie, że była to tylko opowiastka dla dzieci. Mama oczywiście dostrzegła zawiedzioną minkę córeczki, więc podjęła opowieść:
— Prawda, kochanie, jest taka, że takie magiczne studnie istnieją. Ale wcale nie na samym końcu świata. One znajdują się w każdym z nas. Każdy ma swoją magiczną studnię życzeń, która spełnia tylko jego życzenia. Nie trzeba mieć żadnej mapy, ani nie potrzeba pomocy czarodzieja. Nie potrzeba długotrwałej wędrówki, aby ją znaleźć. Wystarczy jedynie poprosić, a ona spełni każde twoje życzenie. W dodatku nie musisz do niej niczego wrzucać. Nie potrzebujesz żadnych monet. Spełnianie marzeń jest całkowicie darmowe.
— Mamo, czy to, co mówisz, to prawda?! — Zuzia słuchała mamy jak zaczarowana.
— Oczywiście że to prawda — mama pogładziła kaczusię po skrzydełkach i po główce. — Każdy ją ma, ale nie wszyscy zdają sobie sprawę z jej istnienia. Niektórzy przeżywają całe swoje życie, nie wiedząc, że ją mają. Takie zwierzęta są zazwyczaj
bardzo nieszczęśliwe.
— Czy to znaczy, że wystarczy, iż wypowiem życzenie i moja studnia je spełni? — dopytywała Zuzia.
— W sumie to tak — podjęła dalsze wyjaśnienia mama.
— Już samo wypowiedzenie życzenia sprawia, że studnia zaczyna jego realizację. Jednak jej prawdziwa potęga zostaje uruchomiona dopiero wtedy, gdy zawrzesz z nią umowę. A taka umowa jest ważna dopiero wtedy, gdy zostanie zapisana na kartce papieru. Kiedy sformułowane życzenie zostanie zapisane, nic na świecie nie jest w stanie przeszkodzić twojej studni życzeń, aby je zrealizowała.
— Aha, to po to jest to całe zapisywanie celów! — wykrzyknęła nagle Zuzia. — Teraz zaczynam to wszystko rozumieć. Tylko że nasza pani mówiła jeszcze o jakichś zasadach „jak formułować nasze cele”. Ale ja niewiele z tego zapamiętałam. Czy ty mamo wiesz coś na ten temat?
— Oczywiście kochanie. Każdy, kto chce realizować swoje cele, musi znać te zasady. Mama spojrzała znacząco na swoją córkę.                                                                     — Te zasady nie są trudne, ale większość zwierząt nie ma o nich pojęcia lub o nich zapomina. Wtedy formułują życzenia w sposób niewłaściwy i zamiast spełnionych
marzeń dostają nędzne ochłapy lub wręcz porażki.
— Ale dlaczego studnia życzeń robi im takie psikusy? — Zuzia była zaskoczona. — To nieładnie z jej strony.
— To nie jest złośliwość studni ani jej chęć zrobienia psikusa. Ona zawsze spełnia dosłownie to, o co ją prosisz. Jeśli zapiszesz nieodpowiednie życzenie, to właśnie takie zostanie spełnione — nieodpowiednie.
— Czy wyjaśnisz mi mamo te zasady i podasz odpowiednie przykłady? Może wtedy lepiej to zrozumiem i zapamiętam.
— Oczywiście, córeczko. To bardzo dobry pomysł. Weź kartkę papieru i ołówek. Podyktuję Ci te zasady, a Ty zapiszesz je sobie i zachowasz na zawsze, aby nigdy
o nich nie zapomnieć.
Kaczuszka wybiegła z kuchni.
Chwilkę potem rozsiadła się ponownie przy kuchennym stole, uzbrojona w ołówek i czystą kartkę papieru.
— Możemy zaczynać?
Zuzia kiwnęła łebkiem i zakwakała z uśmiechem na dziobie.
— Jestem gotowa.
— Po pierwsze twój cel powinien być dokładny, tak aby studnia życzeń nie musiała zgadywać, co tak naprawdę miałaś na myśli. Jeśli na przykład napiszesz „chcę być bogata”, studnia nie będzie wiedziała, czego tak naprawdę oczekujesz. Dla jednych bycie bogatym to posiadanie własnej chatki w lesie, a dla kogoś innego cała skrzynia klejnotów nie oznacza bogactwa. Musisz być więc konkretna.
— A jeśli napiszę, że „Chciałabym mieć dwadzieścia złotych monet”, czy to będzie dobrym życzeniem.
— Tak, to jest właśnie konkretne postawienie celu. Drugą ważną cechą zapisywanych celów jest ich ścisłe określenie w czasie. Należy określić dokładnie, kiedy spodziewasz się dany cel zrealizować. Na przykład: „Za rok, to jest 20 maja 2019 roku, będę posiadała dwadzieścia złotych monet”. Z tak zapisanym życzeniem twoja studnia poradzi sobie bez trudu.
Zuzia skrupulatnie notowała każde wypowiadane przez mamę słowo. Starała się pisać jak najstaranniej, aby nie mieć problemów z późniejszym odczytaniem tych zasad. W końcu postawiła kropkę na końcu zdania, odwróciła głowę w stronę mamy i zapytała:
— Czy to już wszystko?
— Te dwie zasady są najistotniejsze, jednak nie są wystarczające. Zapisując swoje życzenie, należy być ostrożnym, aby nie wpaść w pułapkę. Otóż nasze studnie życzeń mają swoje ograniczenia. Na przykład nie istnieje dla nich słowo „NIE”. Za każdym razem, gdy spisując swój cel, ktoś użyje słowo „NIE”, jego studnia życzeń pomija je i przez to całkowicie zmienia sens życzenia. Kiedy zapiszesz „nie będę robiła tego lub tamtego”, twoja studnia życzeń przeczyta jedynie „będę robiła to lub tamto”. W ten sposób spełnione zostaje życzenie odwrotne do zamierzonego. Tak wiele zwierząt prosi swoje studnie życzeń o to, aby nie były głodne lub aby nie były chore. A w efekcie dostają od swoich studni głód i choroby.
— Nie zdawałam sobie sprawy z tego, jak ważne jest odpowiednie formułowanie swoich celów. Czy słowo „NIE” to jedyna pułapka, czy też jest ich więcej?
— Są jeszcze inne, choć odrobinę mniej groźne. Innymi pułapkami są słowa „chciałabym”, „chcę”, a także „pragnę”. Studnia życzeń traktuje je dosłownie i sprawia, że nadal chcesz czy też nadal pragniesz.
— A więc zamiast „chcę mieć dwadzieścia złotych monet”, powinnam napisać „mam dwadzieścia złotych monet”, czy tak?
— Tak, córeczko. Jesteś bardzo pojętna, znacznie bardziej, niż ja byłam w twoim wieku. Szybko się uczysz.
— A co powinnam zrobić potem? — Zuzia okazała się bardzo dociekliwą słuchaczką.
— Jak to potem?
— No, jak już napiszę na kartce papieru swoje życzenie, ten swój cel, to co mam zrobić z tą kartką? Czy mam ją wrzucić do studni?
— Oczywiście że nie. Studnia, o której mówię, znajduje się wewnątrz każdego z nas i nie da się jej odnaleźć w sensie fizycznym. To znaczy, że nie da się jej zobaczyć i dotknąć. Ale można ją sobie wyobrazić. Można w tym wyobrażeniu wrzucić zapisane życzenie głęboko do jej wnętrza. Ale tak naprawdę nie jest to konieczne. Wystarczy, że życzenie zostało zapisane, a już podpisałaś kontrakt ze swoją studnią. Dla lepszego efektu warto swoje najważniejsze cele nosić przy sobie. Na przykład w kieszonce pod skrzydełkiem. A dla osiągnięcia piorunujących efektów można to zaklęcie odczytywać
po kilka razy w ciągu dnia. Studnie życzeń uwielbiają słuchać zawartego w kontrakcie życzenia odczytywanego przez ich właściciela. A kiedy go słyszą, wzmagają swoje starania, aby to życzenie spełnić.
— Mamo, a co jeśli ktoś, na przykład malutka kaczuszka lub kurczaczek, nie potrafi jeszcze pisać?
— To bardzo dobre pytanie — pochwaliła mama. — Wtedy wystarczy wziąć kredki lub ołówek i narysować to, o czym się marzy. Studnia życzeń na pewno zrozumie, co jej
właściciel miał na myśli. Taki rysunek jest traktowany jak spisany kontrakt i studnia życzeń na pewno spełni przedstawione na nim życzenie.
— To wspaniale! — Zuzia zarzuciła swoje malutkie skrzydełka na szyję mamy. — Wiesz, mamo, szkoda, że to nie ty jesteś naszą nauczycielką. Gdybyś to ty tłumaczyła nam lekcję na temat stawiania celów, na pewno więcej dzieci by ją zrozumiało i nauczyło się, jak ważna jest ta umiejętność.
Zuzia zamyśliła się przez chwilę, a potem zwróciła do mamy:
— A czy mogę opowiedzieć o studni życzeń gąsce Tosi? Ona jest moją najlepszą przyjaciółką, a jej rodzice są bardo biedni. Zapewne nie mają pojęcia o tym, jak zapisywać życzenia do ich magicznej studni. Mam nadzieję, że ta opowieść odmieni ich życie.
— Ja też mam taką nadzieję — mama objęła Zuzię swoim długim skrzydłem. Jeszcze nigdy nie była tak dumna ze swojej córeczki. — To cudownie, że pomyślałaś o swojej koleżance, córeczko. Jesteś wspaniałą kaczuszką.
— Dzięki, mamo. Ty też jesteś wspaniała. — powiedziała Zuzia, odwzajemniając uścisk.
Chwilę potem mama zabrała się za gotowanie obiadu. W tym czasie Zuzia nie traciła czasu. Zaraz zabrała się za spisywanie swojego pierwszego oficjalnego kontraktu z magiczną studnią życzeń.
To był początek jej wielkiej przygody zwanej szczęśliwym życiem. Życiem pełnym wspaniałych przygód, zrealizowanych marzeń i niezliczonej liczby spełnionych życzeń.

Być ojcem niepełnosprawnego dziecka

Może powinienem napisać, jak to jest być rodzicem czy matką, ale w tej sytuacji piszę, jak to jest być ojcem niepełnosprawnego dziecka. Wiele osób zna naszą historię i nie będę jej teraz powtarzał, ale gdyby jednak ktoś miał ochotę ją poznać lub odświeżyć zapraszam do wcześniejszych wpisów. Dziś chcę napisać właśnie o tym, jak to jest być ojcem. Bo to wcale nie jest łatwe i pewnie większość z nas zna przypadki, w których ojciec po prostu stchórzył i odchodził, a cała opieka zostawała w rękach matki. I nikogo nie chcę tu piętnować, ale powiem, że jest to cholernie trudne zadanie, bo na każdym kroku zderzasz się z tzw. rzeczywistością. Musisz po drodze pokonywać wiele przeszkód związanych nie tylko z barierami architektonicznymi, finansowymi, ale też z barierami w głowach ludzi. I nie mam  tu absolutnie żadnego żalu do nikogo. Stwierdzam po prostu fakt, a z faktami się nie dyskutuje. One po prostu są. I pomijam ostatnie strajki, bo od samego początku pracujemy wspólnie z żoną na to, by nie być od nikogo zależnym. Oczywiście jest tak, że w jakiejś części jesteśmy zależni od pracodawcy, u którego pracujemy czy klientów, z którymi współpracujemy, ale ostatecznie to my, jako ludzie podejmujemy decyzję, w którą stronę idziemy. I to jest właśnie ta niezależność. Bo ostateczna decyzja zależy tylko od nas.

Już po urodzeniu Dominika zaczęły się wyzwania finansowe, bo jest on rehabilitowany praktycznie od urodzenia. A rehabilitacja wiążę się z wyjazdami, opieką medyczną, wizytami u specjalistów, zakupem sprzętów, kosztownymi turnusami itd., a zasiłek pielęgnacyjny to zaledwie 153 zł. Taki zasiłek wystarczy na 3 godziny rehabilitacji 🙂 i dlatego postanowiliśmy, że zrobimy wszystko, by nie liczyć na Państwo. I nie liczymy. Korzystamy oczywiście z wpłat 1% i z tego miejsca bardzo dziękuję wszystkim tym, którzy ten 1% przesyłają właśnie na Dominika, bo uzbierana kwota pozwala nam opłacić prywatną rehabilitację syna w ciągu całego roku. Ale to tylko jedno wyzwanie. Kolejnym było dla nas pójście Dominika do szkoły podstawowej. Pierwsza klasa to klasa w Szkole Integracyjnej w Koszalinie. Dla nas niestety z nazwy, dlatego od drugiej klasy Domino chodził już do Szkoły Podstawowej w Starych Bielicach. I pojawiły się kolejne wyzwania. Opór nauczycieli, którzy bali się przyjąć Dominika. Bo jak sobie poradzi w szkole, jak sobie poradzi wchodząc czy schodząc ze schodów, jak sobie poradzi w toalecie itp. obawy. Poradził sobie. My mieliśmy obawy, jak nasz syn zostanie zaakceptowany przez kolegów i koleżanki z klasy. Klasę Domino miał fantastyczną, a dzieciaki z tej klasy zasługują na brawa. Choć nie zawsze było kolorowo, ale gdzie jest? Myślę, że ten okres szkoły był lekcją pokory i nauki dla obu stron. I obie strony wyszły z tego zwycięsko. Już wtedy Dominik zaczął swoją przygodę z armwrestlingiem. I wtedy to właśnie po 3 latach treningu zorganizowałem zawody w siłowaniu na rękę podczas szkolnego pikniku. I mój Tygrys w swojej klasie zajął miejsce 1, a w szkole z kategorii open był 3. I zyskał szacunek, bo jego rówieśnicy zobaczyli, że pomimo swoich ułomności ten ich kolega ma naprawdę silną rękę. Mój cel został osiągnięty. Mam wrażenie, że i nauczyciele zaczęli wtedy patrzeć na Dominika bardziej przychylnie. A miesiąc temu po dwóch latach od ukończenia szkoły, ten sam niepełnosprawny chłopiec, którego na początku z obawami przyjmowano do szkoły, teraz był z wizytą na zaproszenie jako najbardziej utytułowany absolwent w jej historii. Historia zatoczyła więc koło, a nasz wspólne spotkanie było niesamowite. Dzieci słuchały historii Dominika z otwartymi buziami, oklaskom nie było końca, a były też pierwsze autografy. A ja miałem łzy w oczach. I takie właśnie wyzwania mamy na co dzień. Obecnie Dominik jest po kolejnej operacji i częściej jeździ na wózku rehabilitacyjnym niż chodzi o kulach. Więc na siłownię muszę Dominika na tym wózku sprowadzać po schodach. I nie narzekamy. Zjeżdżamy. A Domino ma już 16 lat i ostatnio zauważyłem lekki meszek w miejscu, gdzie są wąsy 😉 Jak ten czas leci… I od 16 lat trwa usprawnianie Dominika tak fizycznie jak i psychicznie. I pewnie tak już będzie do końca życia. Moja mama wmówiła mi kiedyś, że mam dużo szczęścia w życiu, bo włosy rosną mi z dwóch miejsc na głowie 🙂 A ja w to uwierzyłem i zawsze spadam na cztery łapy. Dominik też tak ma. A tak przy okazji, imię Dominik w wolnym tłumaczeniu to „należący do Boga”. I w pełni się w z tym zgadzam. Zauważyłem już to, gdy Dominik mając niecałe 24 godziny życia, został ochrzczony. I wtedy zdarzył się cud, bo zaczęło mu się od razu poprawiać.

Po tych 16 latach wiem jedno. To szczęście, że Dominik trafił do nas, ale to też ogromne szczęście, że my trafiliśmy na Dominika. Tak miało być. Ktoś kiedyś powiedział, że w większości przypadków dzieci niepełnosprawne trafiają do dobrych ludzi. Wierzę, że tak jest i wiem, że gdyby nie Dominik, to nie byłbym w miejscu, w którym jestem obecnie. Nie bylibyśmy wspólnie z moją żoną Sylwią w miejscu, w którym jesteśmy obecnie. I wiem, że to jeszcze nie jest nasze ostatnie słowo, bo ja osobiście mam ogromne marzenia. Marzenia związane także bezpośrednio z moim synem. Czasem ludzie pytają się skąd u mnie w obecnej sytuacji to pozytywne nastawienie. Nie może być inaczej. Bez tego nastawienia nie byłoby sukcesów Dominika, naszych sukcesów, nie byłoby bloga i nie byłoby chęci bycia lepszym sobą każdego dnia. Miodem na moje serce są komentarze ludzi, którzy mówią, że jak gdzieś się pojawiam to przynoszę uśmiech i wywołuję uśmiech na twarzach innych. I wtedy wiem, że to co robię jest słuszne i ma sens. I tym optymizmem chcę zarażać innych. I ten optymizm pcha mnie cały czas do działania.

Kończąc, bo mógłbym tak pisać bez końca, powiem, że choć cholernie trudne jest być ojcem dziecka niepełnosprawnego, to nie zamieniłbym mojego życia na żadne inne, bo jest ono cudowne. Ale gdyby ktoś mi w przyszłości dał gwarancję, że oddając wszystkie dobra materialne, które mam, Dominik wyzdrowieje, to zrobię to bez mrugnięcia okiem.

Nigdy nie rezygnuj…

Nigdy nie rezygnuj.

Ktoś mógłby powiedzieć, co ten gość gada, ale powtórzę to: nigdy nie rezygnuj, bo jak powiedział Paul J. Meyer – jeden z najwybitniejszych autorytetów w dziedzinie ustalania celów, motywacji, zarządzania czasem oraz rozwoju osobistego i zawodowego – dziewięćdziesiąt procent tych, którzy przegrywają, nie zostało pokonanych, tylko sami zrezygnowali z walki.

Dlaczego tak się dzieje? Wg mnie ludzi ogarnia strach przed porażką. Już samo słowo porażka brzmi bardzo negatywnie, a słysząc, że ktoś poniósł porażkę, wyobrażamy sobie kogoś, kto przez porażkę żyje w nędzy, jest załamany, najbliżsi go zostawili, a on nie ma żadnej szansy na lepszą przyszłość. Boimy się porażki z wielu powodów. Wg Jima Dornana – założyciela Network 21 – są cztery główne powody, dla których ludzie boją się porażki i w wielu przypadkach rezygnują:

  1. Strach przed krytyką – boimy się tego, co o nas inni powiedzą lub pomyślą, a przecież krytyka jest jednym z elementów sukcesu. Zawsze znajdą się tacy ludzi, którzy będą krytykowali nie tylko nas samych, ale także nasze pomysły, twierdząc, że wiedzą lepiej, że to dla naszego dobra, że chcą nas chronić. Wyobraźmy sobie, że w skutek takiej krytyki zrezygnowaliśmy np. z bardzo intratnej propozycji współpracy z jakąś firmą, a inny nasz znajomy z niej skorzystał. Po jakimś czasie widzimy, że rezygnacja spowodowana krytyką naszej osoby i naszego pomysłu, była błędem, a naszemu koledze bardzo się powiodło. Kto w tym przypadku poniesie konsekwencje rezygnacji? My, czy nasz kolega, który poprzez krytykę nas zniechęcił? Zastanów się nad tym.
  2. Strach przed podjęciem ryzyka – Walt Disney – jeden z najbardziej twórczych ludzi XX wieku – powiedział, że „…wszystkie nasze marzenia mogą się ziścić, jeśli tylko będziemy mieli odwagę o nie walczyć”. Aby odnieść sukces, musisz podjąć wyzwanie. Musisz wspiąć się na drzewo, jeżeli chcesz znaleźć owoce.
  3. Strach przed utratą pewności siebie – Norman Vincent Peale powiedział, że jeśli „uwierzysz, że przegrałeś i będziesz wierzył w to wystarczająco mocno, to się spełni”. Dlatego czasem boimy się porażek, bo uważamy, że odbiorą nam one pewność siebie co w konsekwencji powoduje, że ustawiamy się w pozycji, w której nie da się przegrać, ale też nie możemy w niej wygrać i nie osiągamy nic szczególnego. Stajemy się przeciętni pozostając w strefie komfortu. Tylko wyjście poza tę strefę pozwala nam się rozwinąć.
  4. Strach przed brakiem drugiej szansy – to jeden z głównych powodów, dla których obawiamy się porażki. Większość z ludzi uważa, że mają tylko jedną szansę, by odnieść sukces i boją się, że jak zawiodą, to zaprzepaszczą ją na zawsze. Henry Ford powiedział kiedyś, że „porażka jest jedynie szansą na roztropniejszy start”. On sam doświadczył kilku niepowodzeń na własnej skórze. Jego firmy motoryzacyjne bankrutowały dwukrotnie. Jednak za trzecim razem odniósł zwycięstwo, a firma Ford Motor Company jest jednym z głównym graczy z branży motoryzacyjnej.

Porażka jest więc nieodzownym elementem każdego sukcesu. Nie trać więc czasu i energii na unikanie porażek tylko naucz się przekuwać je w sukces. Nie daj sobie wmówić, że nie dasz rady. Zbyt wielu ludzi zmarnowało swój potencjał i za szybko się poddali. Za dużo ludzi odchodzi z tego świata nie wykorzystując do końca swoich możliwości. Nie daj się strachowi, bądź odważny i idź do przodu. Ustaw sobie cel i dąż do niego wierząc, że sobie poradzisz. Tak właśnie robią ludzie sukcesu.

Zakończę ten artykuł dość nietypowo, bo wierszem, który znalazłem w jednej z przeczytanych przeze mnie książek…

Nigdy nie rezygnuj…

Kiedy wszystko idzie źle, jak czasem bywa,

Gdy droga, którą kroczysz w górę, wydaje się krzywa,

Kiedy środki są małe, dług natomiast spory,

Chciałbyś się uśmiechnąć, lecz nie jesteś skory,

Gdy troska i zmartwienie zbytnio Cię przygniata,

Odpocznij, jeśli musisz – nie udawaj chwata.

 

Życie jest dziwne, zakrętami kluczy,

Każdy z nas tego kiedyś się nauczy,

Niejedna porażka obraca się w zwycięstwo,

Ktoś mógłby wygrać, gdyby wybrał męstwo;

Nie rezygnuj, choć tempo zdaje się leniwe –

Przy następnym podmuchu sukcesy są możliwe.

 

Cel jest bliżej niż sobie wyobrażać może

Ktoś, kto słabe i chwiejne ma podłoże,

Często walczący sromotnie się poddał,

Mógł puchar zdobyć, ale sam go oddał.

Dowiedzieć się zbyt późno, kiedy noc nadeszła,

Jak bardzo blisko niego korona złota przeszła.

 

Sukces to porażka wzięta z drugiej strony –

Obłok wątpliwości, co srebrem barwiony –

I nigdy nie wiesz, jak blisko los Ci cel podaje,

To może być tuż, tuż, chociaż dalekie się zdaje;

Więc wytrzymaj w boju, gdy los chce Cię piętnować –

Właśnie gdy jest najgorzej, nie wolno rezygnować.

Autor nieznany

Relacje między ojcem, a dziećmi, czyli jak to jest być tatą

To wymyśliłem sobie temat jakim są relacje 😉

Z pozoru prosty, ale po dogłębnej analizie stwierdzam, że jednak nie. Przecież nie jestem żadnym autorytetem z wykształcenia w kwestiach relacji, ale … jestem ojcem. Więc piszę, bo po to powstał właśnie ten blog. Aby pisać i dzielić się swoim doświadczeniem i przemyśleniami. Prowadzę fanpage syna i cały czas piszę o nim. Z nim też spędzam najwięcej czasu trenując armwrestling. Byliśmy ostatnio z całą naszą fantastyczną czwórką w kinie na niesamowitym filmie pt. „Cudowny chłopak”. Jest to opowieść o chłopcu, który urodził się ze zdeformowaną twarzą i przez całe jego kilkunastoletnie życie cały świat się kręci wokół niego. Trochę mi to przypomina nasze życie, bo Dominik urodził się z mózgowym porażeniem dziecięcym i cały świat kręci się właśnie wokół niego. On jest w centrum uwagi, a my wszyscy, czyli ja z żoną Sylwią, Maja i rodzina to takie satelity, które krążą wokół tej jednej gwiazdy. Do póki nie obejrzałem filmu, to nie zdawałem sobie sprawy z tego jak to wszystko wygląda. Cały nasz dzień, tydzień, miesiąc, rok jest ustawiony pod Dominika. Rano rehabilitacja. Następnie szkoła, a po południu treningi. I tak w kółko. Maja musiała bardzo szybko dojrzeć. Wiele razy słyszeliśmy, że jest dużo bardziej rozwinięta, niż jej rówieśnicy. Od wielu lat jest zaangażowana w „wychowanie” swojego starszego brata. Pomaga mu sprzątać, ubierać się, robi mu jedzenie, … i też się czasem złości, że musi pomóc. A przy tym jest bardzo, bardzo ciepłym i cudownym dzieckiem, siostrą i córką. Ma swoje humory, jak to kobieta, ale nauczyłem się z tym żyć, a ostatnio nawet mnie to bawi. Jest jak waga, z resztą to jej znak zodiaku. W ciągu jednej godziny może być szczęśliwa, smutna, zła i zaraz znowu szczęśliwa.

A wracając do relacji … Za moje dzieci oddałbym wszystko. To taka miłość, której nie da się opisać słowami. Choć ja w swoich uczuciach nie jestem jakoś specjalnie wylewny. Taki twardy facet, który nie pokazuje na zewnątrz emocji. Który jak trzeba to warknie, ale też przytuli. Sam się momentami wściekam na siebie jak warczę na dzieci. Jak zły jestem na Dominika, który po operacji nie może swobodnie stać, a ja bym chciał już, żeby to zrobił. I co robię? Wściekam się, by za chwilę naszła mnie refleksja. I mówię wtedy do siebie jakim jestem dupkiem, że tak się zachowuję. Bo niby kto dał mi takie prawo?! Przecież gdyby mój syn mógł swobodnie stać, czy chodzić to pewnie by to zrobił, a skoro tego nie robi, to znaczy, że nie może. Na szczęście takie zachowanie jest sporadyczne, ale jednak jest. Więc cały czas pracuję nad tym, by te moje durne reakcje wyeliminować. Na Maję też tak czasem reagowałem. I wymagałem od niej perfekcjonizmu, bo … No właśnie, bo? Bo sam byłem perfekcyjny w jej wieku? Absolutnie nie. A od dziecka wymagam. Cieszę się, że takich refleksji mam coraz więcej i codziennie pracuję nad tym, by być lepszym ojcem. Ojcem, który będzie dla swoich dzieci przykładem i wzorem do naśladowania. To jest jedno z moich marzeń. Uwielbiam, jak Maja czy Dominik, choć on rzadziej, przyjdzie i się przytuli. I jak razem oglądamy bajki. Jak codziennie wieczorem, oczywiście wtedy kiedy jestem w domu, daję moim dzieciom buziaka na dobranoc i życzę słodkich snów. Ogromną radość sprawia mi spędzanie z nimi czasu kiedy gramy, trenujemy czy oglądamy jakiś film. Bo tak naprawdę wszystko co robię jest finalnie dla nich. Czasem zastanawiam się, czy byłbym w miejscu, w którym jestem, gdyby Dominik urodził się zdrowy? Nie jestem w stanie na to pytanie odpowiedzieć. Ale też i nie chcę. Wiem jedno, że oddałbym wszytko co mam, by był zdrowy. I nie zrozumie tego ten, kto nie jest lub nie był w takiej sytuacji. Ostatnio usłyszałem, że to szczęście, że Dominik trafił do nas, i że to szczęście, że my trafiliśmy na Dominika. I to samo mogę powiedzieć o Mai, która jest cudowną, mądrą i wrażliwą córką, od której ja też się uczę. Bo to nie jest tak, że tylko dzieci uczą się od rodziców. Również rodzice uczą się od swoich dzieci, a ja od swoich uczę się bardzo dużo, bo i Dominik i Maja to dwójka cudownych i mądrych dzieciaków, które dla mnie są całym moim światem. I to są właśnie te relacje, które chcę pielęgnować. Dominik ostatnimi czasy zaczął osiągać sukcesy w armwrestlingu zdobywając medale Mistrzostwa Polski, Europy czy Pucharu Świata. W tym roku będzie startował na swoich pierwszych Mistrzostwach Świata w Turcji. Z jakim wynikiem? Nie wiem i nie ma do dla mnie znaczenia. Bo najważniejsze, że chce i zdobywa doświadczenie, które w odpowiednim czasie zaprocentuje. Maja natomiast uczy się grać na gitarze i wg osób, które się na tym znają, ma do tego ogromny talent. Na pewno nie po mnie 😉 Oprócz tego od niespełna roku trenuje hip hop i po kilku miesiącach treningów w grupie początkującej dostała się do grupy zaawansowanej,a w najbliższym czasie wystartuje wraz zespołem w turnieju tańca. Talent? Pewnie tak, ale też ciężka praca i wiara w siebie. To m.in. te wartości przekazuję swoim dzieciom. Bo talent to nie wszystko. Czas pokaże, jak ułożą się ich losy. Ja wiem jedno, że gdyby moje relacje z dziećmi były złe, to nie byłoby dziś tego co nas łączy. A łączy nas coś niesamowitego. Wierzę, że moje dzieci patrzą na to w podobny sposób. A ja jak ich tata jestem z nich bardzo dumny!

Usłyszałem kiedyś od bardzo mądrej osoby takie zdanie:

Nie martw się, że dzieci Cię nie słuchają. Martw się, że Cię obserwują.

Bądź więc dla swoich dzieci takim przykładem rodzica, jakiego sam chciałbyś mieć.