Nawyki …

Skąd się biorą i jak się z nimi uporać …?

Z mojego doświadczenia wcale to nie jest takie łatwe, proste, a na pewno nie jest to przyjemne. Całe nasze życie składa się z nawyków. Tych złych i i oczywiście tych dobrych. I jak nad nimi pracować? Jak rozpoznać, które z nich są tymi dobrymi, a które należy wyeliminować. Pewnie tyle będzie odpowiedzi ile ludzi, bo każdy z nas ma różne doświadczenia związane z nawykami. Nie wszystkim udaje się eliminować te negatywne. Ale czy to znaczy, że to niemożliwe? Absolutnie nie, bo z drugiej strony są osoby, które w miarę swobodnie zamieniają nawyki negatywne na pozytywne. Właśnie – słowo klucz to „zamieniają”, a nie likwidują. Dlaczego? Bo nasz mózg nie lubi być zmuszany do niczego, bo generalnie nic nie musimy. Pewnie w tym momencie znajdzie się dużo zwolenników tego co piszę, ale też z całą pewnością przybędzie mi przeciwników. Trudno. Ja piszę tu o swoich doświadczeniach i nie każdy musi się z nimi zgadzać, bo przecież ma swoje, niekoniecznie podobne do moich. I dobrze, bo każdy z nas jest inny i dlatego każdy z nas jest wyjątkowy. Ja mam dużo nawyków. Tych „dobrych” i tych „złych”. I każdego dnia pracuję, aby proporcje zmieniły się na korzyść tych „dobrych”. Jeśli miałbym wymienić 3 z moich pozytywnych nawyków to na pewno będzie to czytanie – kiedyś nie czytałem, a od kilku lat czytam kilkadziesiąt książek rocznie. Ktoś powie po co? Bo cała wiedza świata jest w książkach. Jak chcesz się rozwijać, to czytanie jest niezbędne! Był taki moment, kiedy zasypiałem czytając pierwszą stronę. I wtedy chciałem zrezygnować. Nie zrobiłem tego, a teraz nie wyobrażam sobie, bym choć raz dziennie nie przeczytał kilkunastu stron. I czuję się z tym fantastycznie. Zachęcam wszystkich do czytania. Bez czytania nie zmienisz życia. Drugim moim pozytywnym nawykiem jest sport. Całe życie trenuję i uwielbiam to robić. Efekt uboczny to zdrowe i wysportowane ciało i co najważniejsze głowa. Jest mocna i z niejednego wyzwania wyszedłem dzięki temu cało. Jest takie powiedzenie, którego nie sposób podważyć – w zdrowym ciele zdrowy duch. 100% racji! A trzecim nawykiem to pozytywne nawyki związane z odżywianiem. Bo jesteś tym co jesz. Jak jesz śmieci, to w środku co masz mieć? Masz śmieci. Dlatego tak ważnym jest umiejętne zarządzanie sobą, bo albo sobie szkodzimy, albo sobie pomagamy. Podsumowując to żargonem informatycznym – ŚMIECI NA WEJŚCIU, ŚMIECI NA WYJŚCIU!

Na koniec załączam słowa bardzo znanego lidera, wg różnych źródeł największego obecnie lidera na świecie, jakim jest John Maxwell:

 

Multipotencjał

O cholera! To sobie właśnie pomyślałem, gdy dowiedziałem się o multipotencjale. Przez całe życie mówiono nam, że aby zostać kimś wyjątkowym, to należy odkryć w sobie jedną – zaznaczam 1 – pasję i włożyć w nią całe swoje serce, by osiągnąć w niej doskonałość. Poświęcić całe swoje życie i osiągnąć w danej dziedzinie mistrzostwo. I tak właśnie myślałem. Dlaczego? Bo ja i większość ludzi na świecie tak właśnie myślimy. Bądź najlepszy w jednym, bo jak chcesz być dobry w wielu dziedzinach, to tak naprawdę nie będziesz dobry w żadnej. Tylko jak to się ma do mojej osoby i wielu podobnych???

I don’t know!

Mając lat 15, czyli przed decydującym wyborem w życiu, bo musisz wybrać dalszy kierunek nauczania, zawód i pewnie kierunek w życiu – tak wtedy myślałem, wybrałem technikum samochodowe. Dlaczego? Bo lubiłem naprawiać rower. Teraz traktuję to jak żart, ale wtedy tak naprawdę myślałem. Ukończyłem szkołę średnią z wyróżnieniem i  wybrałem kierunek studiów. IZK, czyli Inżynierskie Zastosowania Komputerów na Politechnice Koszalińskiej o specjalności techniki multimedialne. Idąc dalej, była to grafika komputerowa. Po samochodówce grafika komputerowa? Nieźle co? W międzyczasie praca w agencji promocji i reklamy jako DJ, kierowca, prowadzący imprezy przez mikrofon i specjalista ds. organizacji imprez. Niezły wycisk tam dostałem, ale było warto. Później przedstawiciel handlowy, kierownik, dyrektor. W międzyczasie skończyłem studia podyplomowe na Akademii Ekonomicznej we Wrocławiu na kierunku ZZL, a później na Uniwersytecie Szczecińskim Psychologię Zarządzania. Od samochodówki do psychologii? Niezłe rozdwojenie jaźni 😉 Oczywiście przez cały czas mojej kariery uprawiam sport. Po kolei było to judo, taekwondo, karate, kulturystyka, bieganie, bieganie górskie z przeszkodami, skoki na bungee, skoki spadochronowe, sportowa jazda motocyklem, a obecnie armwrestling nazywany inaczej siłowaniem na rękę. Teraz doszło pisanie bloga związanego z pozytywnym nastawieniem i zmianą sposobu myślenia, szeroko pojęty rozwój osobisty, praca nad emisją głosu i … zostałem jednym z redaktorów firmowego kwartalnika, w którym napisałem artykuł o bieganiu i przeprowadziłem dwa wywiady. Mam w głowie jeszcze wiele pomysłów, jak chociażby ukończenie kursu trenerskiego czy zostanie lektorem 🙂 Tak, wiem, dużo tego, a moja żona mówi, kiedy koniec, bo zaczęła się o mnie martwić. Dodam do tego, że w obecnej pracy radzę sobie naprawdę dobrze. Sam zastanawiałem się, czy ze mną jest wszystko w porządku. Każda nowa rzecz czy umiejętność motywuje mnie do działania, ale jak osiągnę w niej poziom dobry, nie zawsze najlepszy, to schodzi ze mnie powietrze i szukam czegoś nowego. I dowiedziałem się o takim pojęciu jak „multipotencjalny”. Skąd? Z książki „Wybitność to kwestia wyboru”  Dawida Piątkowskiego i z wykładu Emilie Wapnick na TEDEX. To co mnie „dotknęło” to przypadłość zwana multipotencjałem. Charakteryzuje się ona tym, że gdy zaczynamy rozwijać w sobie nową umiejętność to szybko stajemy się podekscytowani nowym wyzwaniem, ale po osiągnięciu pewnego poziomu tej umiejętności równie szybko zaczyna nas ona nudzić. Wtedy również szybko znajdujemy nowe zainteresowanie. I tak jest właśnie ze mną.

Emilie Wapnick opisuje 3 najważniejsze umiejętności ludzi z multipotencjałem:

  1. Umiejętność szybkiej nauki. Sam widzę po sobie, że wszystkiego szybko się uczę i szybko osiągam w czymś dobry poziom.
  2. Elastyczność czyli umiejętność adaptacji do nowych wyzwań i celów, która jest najważniejszą umiejętnością w XXI wieku. Jest to o tyle ważne, ponieważ bardzo szybko zmienia się rynek, a zdolność adaptacji do nowych warunków i szybkiej nauki są najbardziej pożądanymi obecnie cechami przez pracodawców.
  3. I synergia wszystkich tych umiejętności, które zdołałem posiąść. Oznacza to, że mając tak wiele różnych umiejętności mogę „stworzyć” nową umiejętność, która jest ich połączeniem.

I gdy się o tym dowiedziałem, to poczułem się niesamowicie. Jak porozmawiałem o tym z kilkoma osobami, to okazało się, że oni też tak mają. Wow! Czyli nie tylko ja tak mam 🙂 I to jest cudowne, bo z połączenia wielu pasji może powstać coś wyjątkowego. Wiele rzeczy, które teraz robię, byłyby niewykonalne, gdyby właśnie nie te połączenia. To moja kariera zawodowa, blog o pozytywnym nastawieniu i pokonywaniu własnych ograniczeń, zaczynająca się dopiero kariera sportowa mojego syna czy wiele innych.

Chcę Ci tylko powiedzieć, że jeśli Ty też tak masz, to rozwijaj swoje pasje i pracuj nad nimi. Każda z umiejętności może Ci się przydać, a w przyszłości możesz stworzyć coś wielkiego, o czym teraz nawet nie marzysz. Ja mam wiele takich rzeczy w swojej głowie. Pamiętaj, że nie jesteś sam!

Z serii motywacyjnych inspiracji – Niesamowita historia Cliffa

Niesamowita historia Cliffa Younga

Co roku w Australii organizowany jest zabójczy bieg wytrzymałościowy o długości 875 km (osiemset siedemdziesiąt pięć kilometrów !!!) z Sydney do Melbourne. Mówi się o nim, że jest najbardziej wyczerpującym ze wszystkich ultramaratonów na świecie.

Dlaczego najbardziej wyczerpujący?

Bo najlepsi potrzebują 6-7 dni, by go przebiec. Chyba tylko ludzie, którzy przebiegli kiedyś w swoim życiu morderczy dystans maratonu wynoszący 42,195 km, potrafią tak naprawdę wyobrazić sobie nierealną skalę tego australijskiego przedsięwzięcia. Jest tak hardcorowe, że tylko najlepsi na świecie atleci mają wystarczające jaja, by się go podjąć i robią to tylko po wieloletnim treningu, przygotowując się specjalnie do tego wyzwania. O ultramaratonie mówi się w wypadku biegów powyżej dystansu maratońskiego, o przechodzących ludzkie siły dystansach 50 km, 100 km. Natomiast tu mamy do czynienia z 21-krotnym dystansem maratońskim. W takim wypadku o wiele bardziej poprawnym określeniem byłoby słowo „obłęd”. Dla lepszego zrozumienia: biegacze, którzy zwykle biorą udział w tym ultramaratonie, mają poniżej 30 lat. Są u szczytu swojej wydolności, mają za sobą historię sportowych sukcesów, wyczynowe doświadczenie i głęboką ekspertyzę, są sponsorowani przez wielkie korporacje, wyposażające ich w najlepszy, najdroższy sprzęt.

Właśnie dlatego historia jaką przeczytasz,  jest tak niewiarygodna, ale jednak prawdziwa.

Ta niesamowita historia ma miejsce w roku 1983, kiedy podczas kolejnej edycji biegu Sydney-Melbourne ci właśnie topowi biegacze skonfrontowani są z niespodzianką. Przed startem pojawił się facet o nazwisku Cliff Young. Z początku nikt nie zwracał na niego uwagi. Wszyscy myśleli, że jest jednym z wielu kibiców, przyglądających się przygotowaniom do startu tego morderczego biegu. W końcu miał 61 lat, był ubrany w kombinezon roboczy, a na swoich roboczych butach nosił kalosze. Ale Cliff Young chciał wziąć udział w biegu. Kiedy podszedł do stolika, by odebrać swój numer, stało się jasne dla każdego, że ma zamiar przyłączyć się do 150-u światowej klasy atletów i biec. Wówczas jeszcze biegacze ci nie wiedzieli o innym zadziwiającym fakcie: jedynym trenerem Cliffa była jego 81-letnia matka. Każdy myślał, że to żart, jakiś chwyt reklamowy, że facet się popisuje, pewnie prowokator, jakiś stary frustrat, który chce za wszelką cenę zwrócić na siebie uwagę. Ale prasa i media zainteresowały się nim i kiedy stanął w towarzystwie profesjonalnie wyposażonych biegaczy, kamera telewizyjna zrobiła zbliżenie na niego, uwypuklając kolosalny kontrast w stosunku do reszty grupy.

„Kim jesteś i co tu robisz?”

„Jestem Cliff Young. Jestem z dużego rancza za Melbourne, gdzie hodujemy owce i uprawiamy kartofle.”

„Naprawdę chcesz wziąć udział w tym wyścigu?”

„Tak”, przytaknął.

„Chyba zwariowałeś. Nie ma takiej możliwości, że go przebiegniesz.”

Ich powątpiewanie nie zaszokowało go, bez wahania udzielił tej zdumiewającej odpowiedzi: „Tak, przebiegnę”, powiedział. „Wychowałem się na farmie, gdzie nie było nas stać na konie albo traktory i przez całe moje życie – aż do czasu, kiedy cztery lata temu zarobiliśmy w końcu trochę pieniędzy i kupiliśmy traktor – zawsze kiedy przyszły burze, musiałem wychodzić w pole, by zgonić owce. Mieliśmy 800 hektarów ziemi i 2.000 owiec. Nieraz musiałem za nimi ganiać przez dwa albo trzy dni. Trwało to bardzo długo, ale zawsze je w końcu dorwałem. Myślę, że mogę przebiec ten wyścig; to tylko dwa dni więcej. Pięć dni. Ganiałem za owcami przez trzy.” Kiedy wyścig ruszył, profesjonaliści zostawili za sobą faceta w kaloszach. Tłum kibiców miał niezły ubaw, ponieważ facet nawet nie biegł poprawnie. Zamiast biec, jakby truchtał, powłócząc nogami jak amator. Otóż 61-letni, bezzębny rolnik wystartował w ultramaratonie ze światową czołówką atletów. W całej Australii, ludzie oglądający relację telewizyjną na żywo modlili się, by ktoś powstrzymał tego wariata przed dalszym biegiem, bo każdy myślał, że umrze zanim nawet osiągnie półmetek. Każdy z profesjonalnych atletów wiedział, że potrzeba około 7 dni na dobiegnięcie do mety, a żeby ukończyć wyścig żywym należy w nocy spać minimum 6 godzin, regenerując siły po morderczym wysiłku dnia, a resztę czasu wykorzystywać w jak największej części na bieg. Tak mówiła medycyna i wieloletnie doświadczenie fizjologów sportowych. Ale Cliff Young o tym nie wiedział! Poranne wiadomości drugiego dnia wyścigu obdarowały widzów następną niespodzianką: Cliff Young był w dalszym ciągu w wyścigu i okazało się, że przez całą noc biegł aż do miasta Mittagong. Najwyraźniej Cliff nie zatrzymał się po pierwszym dniu. Mimo że w dalszym ciągu był daleko za czołówką, po prostu biegł dalej. Nawet znalazł siłę i czas, by machać widzom stojącym przy trasie. Kiedy dobiegł do Albury zapytano się go o jego taktykę na resztę wyścigu. Nie uwierzycie co odpowiedział! Odpowiedział, że po prostu ma zamiar biec tak długo, aż dobiegnie do mety, bez spania! Biegł i biegł i biegł. Każdej nocy był coraz bliżej czołówki. W ciągu ostatniej nocy przegonił wszystkich światowej klasy atletów. Ostatniego dnia to on prowadził w wyścigu. Nie tylko dał radę przebiec morderczy wyścig Sydney-Melbourne w wieku 61 lat i nie umrzeć. Nie, ku zaskoczeniu widzów, to właśnie on wygrał ten wyścig, bijąc przy tym rekord czasowy o 9 godzin i stając się narodowym bohaterem! Australijczycy zakochali się w tym 61-letnim rolniku, który pojawił się znikąd, by pokonać najlepszych długodystansowców świata.

Przebiegł 875 kilometrów w 5 dni, 15 godzin i 4 minuty nie wiedząc, że powinien spać w nocy. Powiedział, że podczas biegu wyobrażał sobie, że goni za owcami, by zdążyć przed nadchodzącą burzą.

Kiedy Cliff otrzymał $10.000 nagrody za zwycięstwo, powiedział, że nie wiedział, że jest jakaś nagroda i twierdził, że nie wystartował ze względu na pieniądze. Powiedział „W wyścigu biegnie jeszcze pięciu uczestników, którzy zresztą moim zdaniem są twardsi ode mnie” i dał każdemu z nich po $2.000, nie pozostawiając ani centa dla siebie. Ten czyn ujął serca całej Australii. Cliff był skromnym, zwykłym facetem, który podjął się wyjątkowego wyzwania i został narodową sensacją. Jeszcze w tym samym roku stworzono sześciodniowy ultramaraton, który nazwano jego imieniem.

Cliff był najstarszym człowiekiem w historii, który wygrał ultramaraton. Jego styl biegania został zaadoptowany przez współczesnych ultra-długodystansowców i nazywany Cliff-Young-Shuffle (styl powłóczący Cliffa Younga). Jest uznany za bardziej aerodynamiczny, wymagający mniejszego wkładu energii i lepiej pozwala chronić stawy i kości przed obrażeniami wynikającymi z przeciążenia. Przynajmniej trzech późniejszych zwycięzców biegu Sydney-Melbourne używało tego stylu, by odnieść zwycięstwo. Obecnie w tym biegu prawie nikt nie robi przerw na spanie. Aby wygrać ten wyścig, musisz biec jak Cliff Young, zarówno w dzień jak i w nocy.

Czy Cliff Young był indywidualistą?

Zdecydowanie tak!

Co sprawiło, że odniósł tak spektakularny sukces?

Dziecięca naiwność: „Przecież biegam za swoimi owcami nieraz przez trzy dni. Dwa-trzy dni więcej nie powinno być problemem”. Jak się później okazało, miał na myśli, że biega za owcami 3 dni non-stop, nie robiąc nawet przerwy na sen.

Zdrowa ignorancja: Cliff nie wiedział, że trzeba spać minimum po 6 godzin, żeby przeżyć ten morderczy bieg. On po prostu biegł, aż dobiegł do mety. Indywidualiści robią rzeczy których jeszcze nikt nie dokonał, nawet nie próbował dokonać, bo nie wiedzą, że są niemożliwe.

Niezłomna siła woli i wiara w siebie: Żadne negatywne komentarze prasy i śmiech widzów po starcie do wyścigu nie zdołały jej zmniejszyć.

Indywidualizm: Cliff nie wzorował się na najlepszych, nie starał się im dorównać, bo nie pokonałby najlepszych na świecie trzydziestolatków biegnąc ich sposobem. On po prostu wierzył w to, co wie i co potrafi by iść swoją drogą. I tylko w swój niekonwencjonalny sposób mógł odnieść prawdziwie niepowtarzalny sukces, wynik na jakościowo całkowicie innym poziomie niż wszystko, co do tej pory zostało osiągnięte. Sukces tak wielki, że to na nim się później wzorowano.

Co to oznacza dla Ciebie? Wg mnie wszystko. Historia ta pokazuje, że każdy z nas może odnieść sukces, jeśli bardzo w niego wierzy i co najważniejsze, pracuje na niego.

Z serii motywacyjnych inspiracji – Historia Dicka i Ricka Hoytów

Historia Dicka i Ricka Hoytów

Od czasu do czasu będę na swoim blogu zapisywał historie z życia wzięte. Historie, które swoim zamiarem mają inspirować i to właśnie robią. Czasami też pewnie wycisną niejedną łzę z naszych oczu. Ale co tam. Co jak co, ale historie ludzi, którzy przeszli przez życie mając na swej drodze wiele trudności i wyzwań, inspirują miliony.  I to jest właśnie to nastawienie, które decyduje o wszystkim, a które jest hasłem przewodnim mojego bloga i prowadzi mnie od wielu lat przez życie.

Dlatego dziś historia ojca i syna. A jakże. Ta jest o rodzinie Dicka i Ricka Hoyt. Nazwali się TEAM HOYT.

Gdy biegną to ojciec pcha wózek, gdy jadą na rowerze, Rick siedzi w specjalnym koszu zamocowanym przed kierownicą, a gdy wypływają na ocean, ojciec przenosi syna do pontonu i holuje go na 1,5-metrowej linie. A Rick marzy, by choć raz role się odwróciły. Tak jednak nigdy nie będzie, bo urodził się z porażeniem mózgowym i choć dziś ma 47 lat, na rękach ojca wygląda jak chłopiec. Nie chodzi, nie mówi, ale za pomocą komputera (częściej jednak tylko za pomocą spojrzenia) komunikuje się z otoczeniem. W 1975 roku Rick poszedł do szkoły. Dwa lata później usłyszał o biegu charytatywnym na 5 mil, z którego dochód przeznaczono na pomoc sparaliżowanemu sportowcowi.

– Tato, ja chcę to zrobić – Rick powiedział do ojca, mając na myśli zawody. 40-letni wówczas Dick wprawdzie był żołnierzem i musiał dysponować tężyzną fizyczną, ale biegaczem nie był. Zgodził się jednak i zgłosił się wraz z synem do biegu. Gdy stanęli na starcie, a Dick miał przed sobą wózek inwalidzki, organizatorzy myśleli, że nawet nie dotrą do pierwszej przecznicy. A jednak pokonali cały dystans! Gdy wrócili do domu, bezgranicznie szczęśliwy Rick powiedział:

– Tato, gdy biegnę, czuję się jakbym nie był niepełnosprawnym. Dick wspomina, że on – wręcz przeciwnie – czuł się po wyścigu jak niepełnosprawny. „Przez tydzień sikałem krwią. Ale wiedzieliśmy, że byliśmy na dobrym tropie. Uszczęśliwienie Ricka było najwspanialszym uczuciem na świecie” – opowiada. To był ich pierwszy bieg. Gdy stawali na starcie kolejnych imprez, jeszcze długo wśród uczestników znajdowali się tacy, którzy nie ukrywali swojej niechęci do Ricka. Zdrowych biegaczy odrzucał widok ciężko chorego chłopaka siedzącego w wózku pchanym przez ojca. Z czasem takich postaw było coraz mniej, a ojciec z synem uzyskiwali coraz lepsze wyniki.

Cała historia zaczyna się w 1966 roku w Winchester, gdy urodził się Rick. Wyjście na ten świat było jednak dla chłopca chwilą, która zadecydowała o całym jego późniejszym życiu. Podczas porodu doszło do komplikacji, przez które spowodowały, że Rick został całkowicie sparaliżowany. Lekarze powiedzieli rodzicom, że Rick będzie warzywem, którego nie ma sensu trzymać w domu. Rodzice jednak nie przyjęli tej informacji do siebie.

Pewnego dnia Rick powiedział do ojca:

– Pobiegniesz ze mną maraton?

– Oczywiście synu – odparł Dick i w 1981 roku w Bostonie po raz pierwszy wystartowali na trasie 42 km 195 m. Wtedy byli w pierwszej „ćwiartce” zawodników, którzy ukończyli bieg. Dziś mają „na liczniku” aż 66 przebiegniętych maratonów, w tym 26 właśnie w Bostonie.

Cztery lata później Rick znowu zwrócił się z prośbą do ojca:

– Czy wystartujesz ze mną w triathlonie?

– Naturalnie – odpowiedział ojciec, choć … nie potrafił pływać, a ostatni raz na rowerze siedział, gdy miał 6 lat.

Choć gdy Dick po raz pierwszy wskoczył do wody szedł na dno jak kamień, w końcu nauczył się pływać. Zbudował też rower specjalnie przystosowany do wożenia Ricka przed kierownicą, twarzą do kierunku jazdy, by syn wszystko dobrze widział. W triathlonie po raz pierwszy wystartowali w 1985 roku w… Dniu Ojca.

– To był mój prezent dla Ricka z okazji tego święta – mówi Dick.

Nie tylko startowali coraz częściej i coraz to trudniejszych wyzwań się podejmowali (m.in. na rowerze w w ciągu 45 dni przejechali całe USA od wschodniego do zachodniego wybrzeża – 6000 km!). Pomimo, iż Dickowi nie ubywało lat, on poprawiał swoje rekordy. Oto niektóre z nich: 10 km – 35.48, półmaraton – 1:21.12 i maraton – 2:40.47. Wszystkie te wyniki osiągnął pchając przed sobą wózek z synem! Ale i tak chyba najbardziej niewiarygodny wynik osiągnął startując w Ironmanie w 1986 roku w Cape Cod (3,8 km pływania / 180 km jazdy rowerem / 42 km biegu) – 13:43.37!

By osiągać takie rezultaty, Dick Hoyt trenował 5 godzin dziennie. Gdy Rick był w szkole i ojciec musiał na trening iść sam, to do wózka ładował worek piasku odpowiadający ciężarowi syna.

– Gdybym miał biec bez pchania wózka, po prostu bym nie potrafił – twierdzi Dick. Jednak w 2003 roku i jego dopadł kryzys. Miał atak serca. Jedna z arterii była w 95% zablokowana i gdyby nie to, że miał wytrenowany organizm, pewnie by zmarł.

Dick mówi, że syn motywuje go do działania. Rick nigdy na nic nie narzeka, nie użala się nad swoim losem. Obaj stali się wzorami, inspiracją dla innych. Podróżując i startując na całym świecie, prowadzą także odczyty motywacyjne.

Dziś Rick ma 55 lat, a jego ojciec 77. Z uwagi na pogarszające się zdrowie Dicka (przeżył atak serca), nie biegają już razem.

Rick zapytany o to, co chciałby dać swojemu ojcu, odpowiada, że marzy, by choć raz zamienić się z nim miejscami. Tata siedziałby na wózku, a on by biegł.

Jest to piękna historia zwykłego człowieka, który dokonał niezwykłych czynów. Ojcowska miłość, dla której nie istnieją ograniczenia. To coś co inspiruje też mnie do działania i mam nadzieję, że zainspiruje też Ciebie.