Zignoruj krytyków

Polecany

W momencie, gdy zaczynasz podróż w kierunku lepszego życia, bądź przygotowany na wszelkiego rodzaju krytykę. Gdy sięgniemy pamięcią do historii, odkryjemy, iż wybitne jednostki zawsze były narażone na śmiech , drwiny i niezrozumienie.

Elbert Hubbard powiedział kiedyś – „Aby uniknąć krytyki, bądź nikim, nic nie rób i nic nie mów”.

Jak więc mamy się nauczyć radzić sobie z krytycyzmem? Wszyscy chcemy, by nas rozumiano i akceptowano, jak więc mamy pokierować naszym myśleniem tak, by przyjąć krytykę nie poddając się jej jednocześnie? Po pierwsze, zacznij od przekonania samego siebie. Innymi słowy, zainwestuj we wzmocnienie swojej wiary. Zapytaj samego siebie: „Czy jestem zaprzedany mojemu marzeniu, mojej sprawie i mojemu celowi? Czy głęboko wierzę, że to, co robię, jest dobre i słuszne?”. Wiara nie jest dziełem przypadku. Wiara należy do tych rzeczy, które albo masz, albo nie. Jeśli wierzysz w to, co robisz, to tylko to się naprawdę liczy. Krytycy mogą mówić co chcą, ale w ostatecznym rozrachunku to ty masz swoje życie do przeżycia, nie oni. Więc zrób wszystko, by żyć według tego, w co wierzysz.

W jednej z książek przeczytałem taką oto historię, która pewnie wielu z nas jest znana. Oto często spotykany scenariusz drogi do sukcesu:

Joe Przeciętniak jest zwyczajnym facetem, którego zainspirował jego mentor, Scott zwycięzca, by zdecydował się podążać za swoimi marzeniami. Śmiało więc wkracza na ścieżkę prowadzącą ku Świetlanej przyszłości i spotyka na mej swojego dobrego znajomego, Larry’ego Prześmiewcę, który pyta go, dokąd idzie. Kiedy Joe Przeciętniak wyjaśnia, że właśnie zmierza w kierunku świetlanej przyszłości, Larry Prześmiewca wybucha głośnym rechotem i mówi: „A to niezłe, Joe! Żartujesz sobie ze mnie, co? Myślisz, że poradzisz sobie na tej ścieżce? Tak ci powiedział ten twój kumpel, Scott? Daj spokój Joe. Spójrz na siebie! Jesteś przeciętny i zawsze taki byłeś”.

Trochę rozczarowany komentarzem swojego znajomego, Joe Przeciętniak decyduje się nie przywiązywać wagi do tych stów i iść dalej ścieżką. Po chwili natyka się na swojego szwagra, Craiga Krytykanta. Zapytany, dokąd dokładnie idzie, Joe odpowiada, że zmierza ku swojej świetlanej przyszłości. Craig Krytykant unosi brew i mówi: „Przecież ty nigdy niczego w życiu nie osiągnąłeś! Co spowodowało, iż uwierzyłeś, że poradzisz sobie na tej ścieżce? Czy masz jakiś dowód albo gwarancję, że ci się uda? A jak tam ten twój kumpel, Scott Zwycięzca? Kim on naprawdę jest? Co ty tak naprawdę o nim wiesz? Skąd wiesz, że on cię nie okłamuje? A tak na marginesie, to ja sam kiedyś sprawdziłem tę ścieżkę i mogę ci powiedzieć, że prowadzi donikąd. Ale jeśli uważasz, że jesteś ode mnie mądrzejszy, to nie krępuj się, idź dalej i marnuj swój czas”.

Po skończeniu rozmowy z Craigiem Krytykantem, Joe Przeciętniak zaczyna się zastanawiać, czy rzeczywiście dobrze robi, słuchając Scotta Zwycięzcy. Tak naprawdę, to przecież zna go od niedawna. I co z tą ścieżką? Co, jeśli Craig Krytykant ma rację i nie prowadzi ona ku świetlanej przyszłości? Joe Przeciętniak zaczyna odczuwać lekkie mdłości. Ale zastanawia się jeszcze przez chwilę nad wszystkim i dochodzi do wniosku, że skoro przeszedł już taki szmat drogi, to równie dobrze może pójść jeszcze kawałek dalej. Kto wie? Może jego świetlana przyszłość czeka tuż za zakrętem i głupio by zrobił, gdyby teraz zawrócił.

Idąc tak dalej, Joe Przeciętniak zaczyna znowu czuć się trochę lepiej i tłumaczy sobie, iż prawdopodobnie Craig Krytykant nie miał złych intencji, tylko po prostu tak jak zwykle chciał skrytykować i tyle. Joe jest tak zatopiony we własnych myślach, że prawie nie zauważa swojego ojca, Hala Pracusia, który stoi na środku ścieżki ze skrzyżowanymi na piersiach ramionami. Joe, całkowicie zaskoczony mówi: „Cześć, tato, ja… „, ale zanim zdoła skończyć zdanie, ojciec przerywa mu: „Tak, wiem, słyszałem już o tym twoim idiotycznym pomyśle szukania świetlanej przyszłości. Posłuchał mnie uważnie. Nie wiem, co w ciebie wstąpiło, ale masz dobrą pracę w dobrej firmie, która dobrze ci płaci, a do tego rodzinę na utrzymaniu. Zaufaj mi, nic w tym życiu nie przychodzi łatwo. Musisz ciężko pracować i zarabiać na utrzymanie tak jak my wszyscy. Twoje matka martwi się o ciebie, a reszta rodziny sądzi, iż postradałeś zmysły. Pora zawrócić z tej głupiej ścieżki i wracać do domu. Ogarnij się proszę”.

Po rozmowie z ojcem, Joe Przeciętniak myśli bardzo długo, analizując jej treść. Wyobraża sobie, co mówią o nim rodzina i przyjaciele, i zaczyna odczuwać zniechęcenie. Dociera do niego, że chyba rzeczywiście stracił rozum, sądząc, iż kiedykolwiek uda mu się dotrzeć do świetlanej przyszłości. Przecież jest nikim innym, jak tylko Joe Przeciętniakiem. Scott Zwycięzca pewnie po prostu miał szczęście. Pewnie jego ścieżka był krótka i łatwa, a poza tym pewnie przyszedł na świat predestynowany do odniesienia sukcesu. A poza tym, to przecież jego obecne życie nie jest aż tak złe, prawda? Przecież zarabia więcej niż Lany Prześmiewca, jego rodzina ma jedzenie na stole i dach nad głową. Cóż go napadło, że zdecydował się odmienić całe swoje życie z powodu jakiegoś głupiego pomysłu?

Tak więc Joe Przeciętniak zawraca i zmierza w stronę domu. Nigdy się nie dowie, co mogłoby się zdarzyć, gdyby zdecydował się iść dalej. I chociaż na różne sposoby próbuje sobie uzasadniać tę decyzję, to nie udaje mu się pozbyć tego dziwnego uczucia niepokoju w sercu. I ciągle się zastanawia, jak mogłaby wyglądać jego świetlana przyszłość.

A co by się stało, gdybyśmy zmienili finał tej historii? Może mogłaby ona kończyć się tak:

W drodze powrotnej do domu, Joe Przeciętniak dochodzi do wniosku, iż powinien przynajmniej wstąpić do Scotta i poinformować go o swojej decyzji. Koniec końców, to przecież Scott Zwycięzca naprawdę próbował mu pomóc. Scott bardzo cieszy się z wizyty Joe’go i zaprasza go, by wszedł na kawę. Słucha uważnie wszystkich wyjaśnień i potem mówi do Joe’go: „Twoja decyzja o powrocie do domu jest dla mnie całkowicie uzasadniona. W pełni rozumiem również, dlaczego Lany Prześmiewca, Craig Krytykant i Hal Pracuś zachowali się w taki sposób, jak się zachowali. To, co najważniejsze, Joe, to żebyś postąpił tak, jak będzie dla ciebie najlepiej. A tak na marginesie, czy opowiadałem ci kiedykolwiek, co mnie się przydarzyło, gdy wkroczyłem na ścieżkę ku świetlanej przyszłości?”. Scott Zwycięzca relacjonuje swoją podróż, wspominając o wszystkich osobach, na które się po drodze natknął — opowiada o swoim dobrym znajomym, Neilu Pesymiście, swoim kuzynie, Stanie Grubej Rybie, i swoim ojcu, Stalowym Sierżancie. „Zdałem sobie sprawę, Joe, że czasem ludzie są zbyt zajęci zagłuszaniem pukającej do ich drzwi szansy, by dosłyszeć jej pukanie. Myślałem, że wszyscy dostrzegą to, co ja zobaczyłem. A kiedy tak się nie stało, poczułem wielkie zniechęcenie i tym, czego nade wszystko pragnąłem, było zawrócić do domu. Wierz mi, nieraz miałem na to ochotę. Ale dzięki karteczce, którą dla siebie napisałem i zawsze miałem przy sobie, wytrwałem i w końcu dotarłem do mojej świetlanej przyszłości”.

Zaciekawiony Joe Przeciętniak pyta Scotta Zwycięzcę o tę tajemniczą karteczkę. „Napisałem ją sobie po to, by mi przypominała, co jest dla mnie ważne i dlaczego robię to co robię. Czytałem ją sobie za każdym razem, gdy do głosu dochodziło zniechęcenie lub wątpliwości, a było to tak często, że w końcu nauczyłem się tego tekstu na pamięć i stał się on częścią mnie samego. Tak długo wmawiałem sobie kim nie jestem, aż nim się stałem. Jakoś tak to było, że przeczytawszy to, co sam napisałem, nie mogłem się zdobyć, by zdradzić samego siebie i zawrócić. Może i ty mógłbyś napisać podobną kartkę dla siebie, po to, żebyś zawsze pamiętał, co jest dla ciebie ważne i po co wyruszyłeś w tę podróż ku świetlanej przyszłości”. Joe Przeciętniak myśli nad tym wszystkim, co mu powiedział Scott Zwycięzca. Jest zaskoczony, że droga Scotta wcale nie była ani krótka i ani łatwa i że zmagał się z wątpliwościami i napotykał krytyków tak samo jak on. Po chwili Joe Przeciętniak dziękuje Scottowi Zwycięzcy za czas, który ten mu poświęcił, i wstaje, by wyjść. Kiedy już stoi w drzwiach, Scott Zwycięzca mówi: „Joe, wierzę w twoje marzenie i jestem pewien, że możesz dokonać w swoim życiu czegoś wspaniałego. Gdybyś potrzebował pogadać, wystarczy, że podniesiesz słuchawkę — będę po drugiej stronie”. Joe Przeciętniak wychodzi, zaskoczony tym, jak dobrze na jego samopoczucie wpływa każda rozmowa ze Scottem Zwycięzcą. Po kilku krokach siada, wyjmuje z kieszeni kawałek kartki i zaczyna zapisywać to, co już od dawna nosi w sercu. Kiedy kończy, składa równiutko kartkę, chowa ją do kieszeni i bez chwili wahania zawraca na ścieżkę prowadzącą ku świetlanej przyszłości.

Podobnie jak w wypadku Joe Przeciętniaka, krytyka i wątpliwości, z którymi przyjdzie nam się zmierzyć, będą prawdziwe i bardzo zniechęcające.

I czasem cała nasza przyszłość wisi na włosku, kiedy decydujemy, kogo będziemy słuchać.

Zrozum, nie wszystkie opinie są równie wartościowe.

Jeśli rozmawiamy o golfie, to opinia Tigera Woodsa będzie się liczyć bardziej niż zdanie twojego sąsiada.

Jeśli mówimy o koszykówce, to zdanie Michaela Jordana jest warte o wiele więcej niż to, co mówi twój znajomy z pracy.

A skoro rozmawiamy o twojej świetlanej przyszłości, to zdanie kogoś, kto już zrealizował swoje marzenia, powinno liczyć się bardziej niż opinia kogoś, kto jeszcze tego nie zrobił.

Wierz w swoje marzenia, nigdy się nie poddawaj i zawsze zadawaj sobie pytanie, czy Ci, którzy krytykują Twój pomysł są w miejscu, w którym Ty chcesz być? Jeśli nie to daj sobie spokój z ich „cennymi” uwagami!

Igrzyska dla ludu?

Tak ostatnio, mając trochę więcej czasu w ciągu dnia, obserwuję Facebooka analizując ilość lików w zależności co i kto udostępnia. A dzisiejszy post z prośbą o pomoc dla chorego chłopaka z Koszalina, który udostępniłem na swoim profilu, na fanpagu Dominik Zaorski Armwrestling oraz w grupie Nastawienie jest wszystkim skłonił mnie do przemyśleń i zadania sobie pytania: „Dlaczego różni moi znajomi bardziej lajkują sytuacje z mojego prywatnego życia, a bardzo mało, albo wcale nie interesuje ich przemyślany artykuł, który może pomóc w zmianie sposobu myślenia, albo praktycznie wcale nie reagują, by pomóc drugiemu człowiekowi potrzebującemu pomocy?”

Zobaczcie sami:

Przecież życie człowieka i pomoc dla niego jest dużo ważniejsza niż cokolwiek innego. Czyżbym się mylił?

Co o tym myślicie? I, jeśli nie chcecie, to nic nie odpowiadajcie. To takie luźne pytanie, które wierzę, że skłoni nas / Was do wyciągnięcia swoich własnych wniosków.

Wytrwałość!

Do napisania tego krótkiego wpisu skłoniła mnie wczorajsza rozmowa z naszymi przyjaciółmi. Rozmawialiśmy o tym, że teraz wszyscy nam mówią, że możesz osiągnąć sukces, a przecież nie wszyscy go osiągają. I na szczęście psychologowie zwrócili na to uwagę i mówią nam, że przecież to nic złego jak ci nie wyjdzie. I, że wcale nie musisz dążyć do doskonałości. Takich argumentów padało więcej. Nie zgadzam się z tym. I nie chodzi mi o to, by być we wszystkim najlepszym, bo to akurat faktycznie nie jest możliwe. Wg mnie przez większość naszego życia wielu ludzie po prostu się usprawiedliwiają, że to czy tamto im nie wyszło. Cały czas szukamy różnego rodzaju wymówek. Wymówek, które pozwalają nam wmówić sobie, że w czymś nie jesteśmy dobrzy, a nawet jak jesteśmy, to okoliczności nie pozwalają nam zrobić więcej i lepiej. Wybaczcie, ale to są bzdury! A my, jako ludzie, znaleźliśmy sobie kolejny „dupochron” w postaci opinii psychologów! Ja temu mówię NIE!

Wg mnie każdy na swój sposób może dążyć do sukcesu i zmiany siebie czy swojego życia na lepsze. Bo czy faktycznie to, co obecnie robimy i miejsce, w którym jesteśmy, to szczyt naszych marzeń? Nie wierzę! Uważam, że kluczem to zmiany życia na lepsze jest wytrwałość. Nie ma na świecie niczego potężniejszego od wytrwałości. Nie jest od niej silniejszy talent, bo utalentowani nieszczęśliwcy są zjawiskiem pospolitym. Nie jest od niej silniejszy nawet geniusz, bo zapomnianych geniuszów spotyka się na każdym kroku! Nie jest też od niej silniejsze wykształcenie, bo świat obfituje w wykształconych ludzi, o których nikt nie słyszał. Wytrwałość i zdecydowanie są najważniejszymi cechami charakteru! Nawet, jeśli poniosłeś porażkę 100 razy, to powiedz sobie: podejmę wyzwanie po raz 101! I bądź wytrwały!

Tego Wam wszystkim życzę!

Po Mistrzostwach …

I nadszedł czas na krótkie podsumowanie ostatnich dni i tego co się wydarzyło. A dokładnie to czas na podsumowanie Mistrzostw Polski w Armwrestlingu.

Domino zbiera teraz gratulacje od wielu osób. I pięknie choć to jeszcze nie jego czas. Jego czas nadejdzie i jestem tego pewien. Bardzo miło jest słyszeć te wszystkie głosy jaki to jest twardziel, jaki fighter, jako wojownik i jaki jest z niego fantastyczny sportowiec. Jestem jednak przekonany, że nie byłoby tych wszystkich ochów i achów, gdyby Domino urodził się zdrowy. Wtedy byłby „zwykłym” dzieckiem, które osiąga sportowe sukcesy. Paradoksalnie ta niepełnosprawność jest obecnie jego zaletą. Bo dopiero wtedy sukcesy sportowe są bardziej zauważalne. To moje zdanie i nie każdy musi się z nim zgadzać.

Ja sam jestem ogromnie zbudowany tym jak Domino się rozwija, zmienia i staje się bardziej świadomy tego, co się wokół niego dzieje. Czasem pytam go o jego marzenia. I wtedy mówi, że chce zostać Mistrzem Świata. Wierzę, że tak się stanie. Ktoś zapyta dlaczego? Bo widzę pasję w jego oczach. Jestem przy nim i widzę, jak ciężko trenuje. Jak ma nieraz łzy w oczach. Jak przyjeżdża na trening 2 dni po operacji. Jak zaciekle walczy o to, by każdego dnia być lepszym.

Jestem przekonany, że tą wolę walki my, jako rodzice, mu ją zaszczepiliśmy. Bo kto w normalnych warunkach jest w stanie wytrzymać 12 treningów w tygodniu. Bo oprócz treningów jest przecież cały czas rehabilitacja, którą Dominik ma codziennie minimum raz, a są dni, że i 2 razy. Wyznajemy wspólnie, a piszę tu nie tylko o Dominiku i sobie, ale też o Sylwii i Mai, że tylko poprzez ciężką pracę można w życiu osiągnąć sukces w czymkolwiek. I wiemy też, że na początku, gdy podejmiesz decyzję, to życie rzuca Ci kłody pod nogi. I wtedy właśnie większość ludzi rezygnuje. Ludzie zaczynają się odchudzać, nie widząc efektów po kilku tygodniach i rezygnują. Rzucają palenie i po kilku dniach, gdy jest ciężko rezygnują. Zaczynają rozwijać dodatkowy biznes i gdy nie ma efektów po kilku tygodniach, to rezygnują. A kto nam powiedział, że w kilka tygodni naprawimy coś, co negatywnie wpływało na nas i nasze życie przez ostatnie kilka czy kilkanaście lat. Joyce Meyer, mówca i pastor w USA, powiedziała kiedyś w jednym z wywiadów, ” … byś dał Bogu przynajmniej tyle samo czasu co dałeś Diabłu”. Oznacza to, że nie możemy oczekiwać zmian tu i teraz. Każda zmiana wymaga czasu, a świat uczy nas, żeby wszystko mieć tu i teraz. Bo po co się męczyć.

A wracając do Dominika. Jeszcze chwila i wierzę, że nadejdzie jego czas. Wierzę też, że nasz czas też nadejdzie, bo konsekwencja i wiara jest domeną naszej rodziny.

Nie zarabiamy na życie, lecz zapracowujemy się na śmierć.

Dla wielu osób, od tych, które kochają swoją pracę, do tych, które ledwie tolerują wykonywany przez siebie zawód, żaden realny wybór między ich pieniędzmi a ich życiem zdaje się nie istnieć. To, co robią, żeby zarabiać pieniądze, zdominowało ich egzystencję od rana do wieczora, życie zaś jest dla nich tylko tym, co zdarza się w krótkich okresach między pracą.

Przyjrzymy się przeciętnemu pracownikowi mieszkającemu w dużym przemysłowym mieście. Budzik dzwoni o godzinie 6.45, po czym nasz człowiek pracy (mężczyzna lub kobieta) wstaje z łóżka i zaczyna nowy dzień. Sprawdza telefon. Bierze prysznic. Ubiera się w zawodowy uniform — w przypadku jednych będzie to garnitur, w przypadku innych kombinezon roboczy, biały kitel w przypadku lekarzy, jeansy i T-shirt w przypadku robotników budowlanych. Potem śniadanie, jeśli oczywiście starczy czasu. Zabierając ze sobą z domu kubek termiczny z gorącą kawą i aktówkę (albo pojemnik z drugim śniadaniem), wskakuje do samochodu, po czym rozpoczyna swoją codzienną podróż przez mękę zwaną drogą do pracy w porannych godzinach szczytu. Albo też wsiada do autobusu lub pociągu, w których niezmiennie o tej porze panuje nieznośny tłok. Pracuje od godziny 8.00 lub 9.00 do 16.00 lub 17.00 (albo dłużej). W tym czasie musi radzić sobie z szefem, który go do siebie wzywa, ze współpracownikami, którzy nachodzą go w najbardziej nieodpowiednich momentach i działają na nerwy, z dostawcami, kontrahentami, z klientami/pacjentami/interesantami. Coraz więcej nieprzeczytanych e-maili. Nasz pracownik robi wrażenie bardzo zapracowanego i zajętego. Rzuca okiem na wiadomości w mediach społecznościowych. Stara się kamuflować swoje błędy. Z uśmiechem na ustach przyjmuje informację o konieczności w niemożliwie krótkim terminie. Wzdycha z wyraźną ulgą na wieść o tym, że topór zwany „restrukturyzacją” i „obniżaniem kosztów” (ang. downsizing) — a także „redukcją personelu”, czyli po prostu zwolnieniem z pracy — spada dziś na głowę kogoś innego. Bierze na swoje barki dodatkowe obciążenia i obowiązki. Spogląda na zegar. Toczy spory ze swoim sumieniem, ale zawsze zgadza się ze swoim szefem. Znów się uśmiecha. Czwarta lub piąta po południu. Z powrotem do samochodu, autobusu albo pociągu i podróż w drugą stronę w wieczornych godzinach szczytu. Wreszcie w domu. Trzeba być miłym i wyrozumiałym dla partnera, dzieci czy współlokatora. Przygotowywanie wieczornego posiłku. Oczywiście nie można zapomnieć zamieścić zdjęcia kolacji w internecie. Po kolacji kolejny odcinek ulubionego programu w telewizji. Wysyłanie odpowiedzi na ostatni e-mail. Do łóżka. Osiem godzin błogosławionego niebytu i zapomnienia — jeśli oczywiście mamy szczęście dobrze sypiać, bo w większości przypadków śpimy krócej.

I to właśnie nazywa się zarabianiem na życie? Zastanów się nad tym. Ile znasz osób, które są bardziej pełne życia pod koniec swojego dnia pracy niż na początku? Czy po „zarabianiu na życie” wracamy do domu bardziej pełni życia? Czy stając w drzwiach domu po powrocie z pracy jesteśmy gotowi na spędzanie wspaniałego wieczoru z rodziną i przyjaciółmi? Gdzież jest całe to życie, które mamy jakoby „stwarzać” w pracy? Czy dla wielu z nas nie jest to raczej stwarzaniem warunków do umierania za życia, zapracowywaniem się na śmierć? Czy przypadkiem zamiast żyć pełnią życia nie zabijamy się, żyjąc w ten sposób? Niszcząc zdrowie, związki, pozbawiając się tego, co daje nam prawdziwą radość — dla pracy? Składamy nasze życie w ofierze za pieniądze i dla pieniędzy. A odbywa się to tak powoli, że prawie tego nie zauważmy. Siwizna na skroniach i coraz bardziej wydatny brzuch wraz z wątpliwymi oznakami postępu, takimi jak przestronny gabinet, służbowy samochód czy „stały” etat, stanowią jedyne oznaki upływającego czasu. W końcu, kiedy uda nam się już zdobyć wszystko to, co absolutnie konieczne i niezbędne,zaspokoić wszystkie materialne potrzeby, a nawet zapewnić sobie taki komfort i luksus, jakiego zawsze pragnęliśmy, inercja i rutyna sprawią, że nadal będziemy tkwić w pułapce pracy od godziny 9.00 do 17.00. W końcu, gdybyśmy nie pracowali, to co robilibyśmy z naszym czasem? Nasze marzenia o znalezieniu sensu, znaczenia i osobistego spełnienia poprzez wykonywany zawód, poprzez pracę, zblakły w obliczu realiów polityki zawodowej, wypalenia, nudy i nieustannej ostrej rywalizacji. To poczucie zadziwienia światem, jakie mieliśmy jako dzieci, to poczucie misji, jakie nie opuszczało nas na studiach, ten czas, kiedy to przepełniająca nasze serca miłość pozwalała nam odczuwać jedność ze wszystkimi żyjącymi stworzeniami, dużymi i małymi — wszystko to, dziś prawie całkowicie zapomniane, bywa zbywane przez nas lekceważącym zwrotem: „Byliśmy wtedy tacy młodzi!”

Nawet ci z nas, którzy lubią swoją pracę i czują, że wnoszą wkład w rozwój świata, mają poczucie, że gdzieś tam istnieje większa i wspanialsza scena, na której mogliby występować, miejsce, które znajduje się poza ciasnym światem pracy od godziny 9.00 do 17.00. Spełnienie związane z wykonywaniem pracy, którą kochamy i którą wykonujemy bez żadnych ograniczeń i żadnej zewnętrznej presji, bez lęku o to, że zostaniemy zwolnieni i zasilimy szeregi bezrobotnych. IIe razy myśleliśmy albo mówiliśmy do siebie: „Gdybym tylko mógł, zrobiłbym to w taki sposób, jednak członkowie zarządu chcą, żeby to zostało zrobione dokładnie tak, jak oni to postanowili Do jakiego stopnia zostaliśmy zmuszeni do zrezygnowania z naszych marzeń, żeby tylko móc się utrzymać i nie stracić pracy?

Sukces to Twoje dziecko

Dziś trochę w inny sposób o tym czym jest sukces, bo dla każdego sukces jest czymś innym, ale na każdy sukces trzeba zapracować.

W Andach żyły dwa walczące ze sobą plemiona, jedno w dolinie, drugie na szczycie góry. Któregoś dnia górale najechali ludzi z nizin, plądrując domostwa, porwali niemowlę i zabrali je z sobą wysoko w góry. Choć plemię z nizin nie miało pojęcia o górskiej wspinaczce, wysłało oddział najlepszych wojowników, aby sprowadzili dziecko do domu. Mężczyźni początkowo usiłowali różnymi sposobami dotrzeć na szczyt, wypróbowując kolejne szlaki. Pomimo wielodniowych wysiłków pokonali zaledwie kilkaset metrów i uznawszy swoją porażkę przygotowywali się do powrotu do wioski.

Pakując dobytek przed drogą do doliny ujrzeli matkę dziecka — dźwigała je na plecach schodząc z góry, na którą oni nie byli w stanie się wspiąć. Powitali ją pełni uznania, a jeden z nich spytał: „Jak zdołałaś wspiąć się na tę zdradziecką górę, mimo że my, najsilniejsi i najsprawniejsi mężczyźni we wsi, nie daliśmy rady?”. Wzruszyła ramionami i odparła: „To nie wasze dziecko”.

Wasz cel, Wasze marzenie, Wasze poczucie osobistego przeznaczenia to Wasze dziecko. Nikt nie zadba o nie, nie uratuje go ani nie będzie na nie pracował tak jak Wy. Nie oczekujcie tego od innych. Oczekujcie tej opieki i ciężkiej pracy od siebie. I spodziewajcie się, że z taką determinacją będziecie musieli podążać za swoimi marzeniami!

I z tym przesłaniem życzę Wam wszystkim samych sukcesów i tego, byście nigdy się nie poddawali!

Spodziewaj się najlepszego

Mam nadzieję, że nie jestem pierwszą osobą, która informuje Was bezpośrednio i bez możliwości podważenia tego, że życie jest niesprawiedliwie. Tak się niefortunnie składa, że nie zawsze otrzymujemy to, czego chcemy, albo to, na co zasługujemy.

Nieuchronnie jednak dostajemy to, czego się spodziewamy. Nieubłaganie dążymy w kierunku naszej dominującej myśli. W ciągu ostatnich pięciu tysiącleci znanej nam historii wielcy ludzie obojga płci przekonywali nas setki razy, że rzeczywistość jest odbiciem naszych myśli. Sukcesy czy porażki niejednokrotnie przeistaczają się w nawyk. Coraz bardziej znękane osoby, które zdają się żyć od tragedii do tragedii, mawiają często: „Wiedziałem, że tak będzie”. Natomiast zwycięzcy, odnoszący sukcesy we wszystkich aspektach życia, sprawiają wrażenie, jakby nieustannie wygrywali, i tego też oczekują. Zajęci swoim codziennym życiem, nie powinniśmy zapominać, że zawsze odnajdujemy to, czego szukamy. Jeśli rozpoczynasz dzień z myślą, że nie czeka Cię nic dobrego, wkrótce wszystko ułoży się tak, by spełnić Twoje oczekiwania. I na odwrót, jeśli zaczniesz dzień, spodziewając się samych wspaniałości, może się okazać, że będzie to najlepszy dzień w Twoim życiu. To właśnie jest samospełniająca się przepowiednia.

Jak na ironię, okoliczności mogą pozostać podobne, zawsze jednak otrzymujemy to, czego szukamy. Ileż niesamowitych chwil przegapiliśmy, ponieważ byliśmy zbyt zajęci rozpamiętywaniem nieszczęść, by cieszyć się cudownościami, jakie podsuwało nam życie? Proszę Was więc o przysługę – przez jeden dzień spodziewajcie się samych wspaniałych rzeczy, doszukujcie się ich na każdym kroku i nie spuszczajcie ich z oka, gdy nadejdą. Zanim złożycie głowę na poduszce, przeżyjecie wyjątkowy dzień. Jeżeli mój system nie sprawdzi się w Waszym przypadku, nie martwcie się: gwarancja obejmuje zwrot pieniędzy, będziecie więc nadal mogli się spodziewać, poszukiwać i doświadczać samych najgorszych rzeczy przez resztę swojego życia. W życiu chodzi nie tyle o wydarzenia, ile o sposób, w jaki je postrzegamy. Życzę Wam zatem takiego życia, jakiego oczekujecie.

Uwierz w nieograniczone możliwości

Ludzie, którzy stawiają sobie mierne cele życiowe, zazwyczaj osiągają to co zamierzali. Nie dążą do niczego i niczego nie zdobywają.

Ale życia nie wolno wieść w taki sposób. Uważam, że jedną z najpotężniejszych mocy na świecie jest wola człowieka wierzącego w siebie, wytyczającego sobie ambitne cele i uzyskującego od życia to czego od niego pragnie.

Mogę” to potężne słowo. Niestety wielu ludzi, pomimo tego, iż marzą o różnych rzeczach, nigdy nie ośmielają się po nie sięgnąć, nie mają odwagi powiedzieć sobie „Mogę„! Nie dowierzają swym marzeniom na tyle, by je wprowadzić w realny świat działań i wysiłków. Ludzie tak bardzo lękają się klęski, że w ostateczności ją ponoszą. A po drugiej stronie są ludzie – niestety ogromna mniejszość, która używa tego słowa z pełna odpowiedzialnością. Dla przytłaczającej większości tych osób to może być prawdą. Prawdą sprawdzalną. Ludzie mogą dokonać tego, w czego osiągalność uwierzą. Dla tych właśnie ludzi pozostaje do pokonania nieznaczna odległość między tym, co jak sądzą mogą osiągnąć, a dokonaniami rzeczywiście osiągalnymi. Ale najpierw każdy z nas musi uwierzyć w to, że może coś osiągnąć.

I chcę powiedzieć jedno. Nie jestem ekspertem od motywacji ludzkiego działania. Nie rozporządzam w tym zakresie wiedzą większą od większości z nas. Sam też czasem mam chwile zwątpienia. Ale wiem jedno. „Mogę” to potężne słowo i wierzę, że każdy z nas może osiągnąć dużo więcej niż ma obecnie. Może być szczuplejszy, zdrowszy, bogatszy duchowo i finansowo, może mieć wspanialszy związek bez konieczności zmieniania partnera, może mieć lepszą pracę, może być zdrowszy, może … I mógłbym tak wymieniać w nieskończoność. Warunkiem tych zmian jest jedno: każdy, kto chce od życia więcej, musi uwierzyć, że może to mieć.

A Ty po której stronie jesteś??

Bóg nie zawsze powołuje silnych…

Tytuł trochę nawiązujący do obecnej sytuacji czyli nadchodzących Świąt Bożego Narodzenia,a jestem właśnie na półmetku robienia wigilijnych potraw i naszła mnie chęć napisania artykułu na blogu.

Dawno mnie tu nie było. Kilka tygodni. Nie, nie zrezygnowałem z pisania, ale większość czasu poświęcam teraz kilku innym przedsięwzięciom. Opowiem o nich przy okazji 😉

A teraz do rzeczy … Wszyscy pewnie znamy te historie.

Elvis Presley dostał kiedyś jedynkę z muzyki i usłyszał, że nie powinien rzucać dla śpiewania pracy kierowcy ciężarówki. Michaela Jordana wyrzucili w liceum ze szkolnej drużyny koszykówki. Scenariusz do filmy Przeminęło z wiatrem został odrzucony trzydzieści osiem razy, zanim znalazło wydawcę. J.K. Rowling żyła z pomocy społecznej, zanim, Harry Potter uczynił z niej miliarderkę. Nauczyciel muzyki Beethovena stwierdził, że nie ma on talentu do komponowania. Winston Churchill dwa razy nie zdał do Królewskiej Akademii Wojskowej, a później ukończył ją z najgorszym wynikiem na roku. Lucille Ball odesłali ze szkoły aktorskiej za zbytnią nieśmiałość. Julia Roberts nie dostała roli w operze mydlanej All My Children.

Thomasa Edisona dwa razy zwalniano z pracy za niską wydajność. Babe Ruth miał rekordową liczbę strikeoutów. Walt Disney stracił pracę w gazecie, bo szefowie uznali, że brakuje mu wyobraźni. Van Gogh sprzedał za życia tylko jeden obraz. Abraham Lincoln cierpiał na depresję, miał na koncie dwa nieudane przedsięwzięcia biznesowe i osiem przegranych wyborów.

A przecież Ci wszyscy wymienieni ludzie są ewidentnie ludźmi sukcesu. To przekonuje mnie, że nasze słabości nic nie znaczą. Są tylko rewersem naszych atutów. Między naszymi atutami a słabościami zachodzi zwykle bezpośredni związek. Ludzie często nie wykorzystują swoich atutów, bo wtedy musieliby się zmierzyć ze swoimi słabościami.

Patrzę na to wszystko przez pryzmat m.in. Dominika, który tak naprawdę fizycznie jest dzieckiem wymagającym ciągłej opieki. W porównaniu ze swoimi rówieśnikami jest po prostu słabszy. To dla mnie wielka pociecha, że w Biblii Bóg nie zawsze wybiera tych silnych. Znajduje ludzi grzesznych i słabych, a potem odmienia ich życie. Przypomnijcie sobie Mojżesza, który zabił człowieka, a następnie został wybrany, że wyprowadzić ludzi z niewoli ku wolności. Dawid, który skazał drugiego człowieka na śmierć, trafił na tron. A Jezus do grona dwunastu najbliższych sobie apostołów zaliczył człowiek, który Go okłamał, który w Niego zwątpił i który Go zdradził.

Jedno z bożonarodzeniowych czytań zaczyna się od słów: „Nie bójcie się”! Te trzy słowa oznaczają, że Bóg obdarzy kogoś słabego wielką mocą. Niejaki Linus, bohater filmu „Boże Narodzenie Charliego Browna” postanawia wyjaśnić przyjacielowi, czym jest Boże Narodzenie cytując Ewangelię według św. Łukasza: Nie bójcie się! Oto zwiastuję Wam radość wielką, która będzie udziałem całego narodu: dziś w mieście Dawida narodził się Wam Zbawiciel, którym jest Mesjasz, Pan. A to będzie znakiem dla Was: znajdziecie Niemowlę owinięte w pieluszki i leżące w żłobie.

Regina Bret w jednej ze swoich książek opowiada o pewnym księdzu, który zwierzył się jej, że przed przyjęciem święceń miał wątpliwości, czy jest dość silny, żeby zostać księdzem. I wówczas ktoś go zapytał: „A czy jesteś dość słaby?”.

I z tym pytaniem Was zostawiam. To, że ktoś powiedział nam, że nie damy rady, albo, że jesteśmy za słabi to tylko i wyłącznie subiektywna ocena osoby, która nam to mówi. Bo kto z tych „pomocnych” i „przyjaznych” nam osób wie co jest dla nas dobre? Kto z nich wie ile mamy w sobie siły i determinacji, by walczyć? Kto z nich cokolwiek o nas wie?

Korzystając w okazji życzę Wam wszystkich zdrowych i spokojnych Świąt Bożego Narodzenia w gronie najbliższych. Pozytywnego myślenia, spełnienia wszystkich marzeń i samych pięknych chwil w nadchodzących 2019 roku.